A
A
A
Madchester żyje, choć Shaun Ryder chwiał się na nogach niczym wierzba na wietrze. Trzeba jednak uczciwie przyznać, ze Happy Mondays rozruszali Metropol na całego. Niegdyś flagowa formacja sceny rave zaserwowała godzinną dawkę tanecznej muzyki. Rozpoczęli od uderzenia "Loose Fit", by od razu przejść do "Kinky Afro". W programie nie zabrakło również "Step On" czy "Hallelujah".
ROSKILDE FESTIVAL 2006 W OBIEKTYWIE
Ryder w dalszym ciągu stara się utrzymać wizerunek rokendrolowca pełną gębą. Z drinkiem w jednej dłoni a z papierosem i mikrofonem w drugiej niemal słaniał się na scenie, lecz o dziwo dotarł do mety bez większych niespodzianek. Za to Bez tak kipiał energią, ze oddał nawet swoją koszulkę i czapkę. Zamykający ich set numer "24 Hours Party People" w pełni oddaje to co działo się na scenie, a zapewne także przed i po koncercie.
Zanim jednak opanowały nas klubowe rytmy, na Roskilde Festival obecne były rytmy bałkańskie. O 14.00 Arene opanował "Gypsy Punk" czyli stacjonująca w Stanach Zjednoczonych formacja Gogol Bordelo. Na ośmioosobową grupę składają się imigranci z Europy Wschodniej z niesamowitym wokalistą i gitarzystą Eugene’em Hutzem z Ukrainy. Obok niego mamy jeszcze m.in. skrzypka o wyglądzie pirata z Karaibów, akordeonistę w dresie niczym ze Stadionu Dziesięciolecia oraz dwie cyrkowe tancerki. Ich muzyka to wybuchowa mieszanka punka, ska oraz elementów muzyki cygańskiej a miejscami nawet żydowskiej. Całość opakowana w niemal kabaretową formę. To co wyprawia na scenie Hutz przyprawia o zawrót głowy a kilkunastominutowa wersja "Baro Foro" była istnym "Le Grand Finale".
W podobnym charakterze, "Bałkany na rockowo", prezentuje się norweska Kaiser Orchestra, która zagrała na Orange Stage. Trzeba przyznać, że widok kolesia w garniturze z maską przeciwgazową na głowie walącego w metalowa beczkę nie zdarza się często.
A tuż po nich w tym samym miejscu pojawił się Moz. Morrisseya mogliśmy oglądać na Roskilde już dwa lata temu, choć wówczas zagrał na mniejszej scenie. I wydaje się, że tam jednak powinien zostać. Choć trudno mu coś zarzucić, to jednak muzyka byłego wokalisty The Smiths nadaje się na duże sceny, ale wyłącznie w Wielkiej Brytanii. Jego występ trwał zaledwie 65 minut, a fani nie doczekali bisów. Na osłodę pozostały piosenki. Ze starego repertuaru Kowalskich zagrał "Panic" (od razu na początku), a także "Girlfriend In a Coma" oraz "How Soon Is Now". Z solowego repertuaru postawił natomiast przede wszystkim na single z dwóch ostatnich płyt. Ci, którzy oczekiwali "Suedehead", "Everyday Is Like Sunday" czy "There Is A Light That Never Goes Out" będą musieli poczekać do następnego razu.
W piątek zagrali również m.in. Mike Skinner aka The Streets, który pojawił się w koszulce Roskilde Festival '06 i zgromadził olbrzymią widownię w namiocie Arena. Na głównej scenie "pomarańczowej" natomiast swoje kamienie toczył Bob Dylan.
cdn...
Zdjęcia dzięki uprzejmości polskiej strony Roskilde Festival '06
www.roskilde-festival.pl