
2010-01-29
Alko, Info.pras/fot.- Sony Music
Od poniedziałku (01.02.2010), tylko w Wirtualnej Polsce trwa tydzień z najnowszą płytą Sade "Soldier of Love", która na półkach sklepowych pojawi się 08.02.2010. U nas możesz usłyszeć wszystkie piosenki z tego albumu przedpremierowo!

Nic tak nie podnosi temperatury spotkań na wizji jak mała awanturka. Ostatnio zdarzyło mi się ściąć z Wojtkiem Jagielskim na planie programu „Tomasz Lis na żywo”. Mieliśmy dyskutować o tym, czy nowe konkursy telewizyjne, których ma być teraz zatrzęsienie w telewizji wyłonią wreszcie jakieś gwiazdy.
Serce się raduje, Sade wróciła, no ale...
Całość już od kilku dni krąży w sieci. Jako wieloletni fan Sade oczywiście kupię ten album, (chociażby dla utworu tytułowego), ale po przesłuchaniu całej płyty nie jestem zachwycony :-( Co prawda są tu jedne z najlepszych (moim zdaniem) piosenek, jakie nagrała Sade ("Soldier Of Love", "Skin"), ale niestety poza tym jest nudno i... jeszcze raz nudno nudno :-( Nie da sie tego inaczej opisać. Z "Love Deluxe" czy "Lovers Rock" nawet nie ma co porównywać. "The moon and the sky" broni się jako piosenka otwierająca album - to Sade jaką znamy i kochamy, "Soldier of Love" - zdecydowanie najlepszy utwór i jeden z najlepszych w karierze Sade, "Morning Bird" - hmmm, chciałoby się powiedzieć, że piękny utwór ale mimo wysłuchania go chyba z 10 razy nie potrafię powtórzyć ani jednej nuty :-(, "Babyfather" - najbardziej "kołyszący" numer, który opowiada o miłości ojca do dziecka (hmmm... ???), "Long Hard Road", "Be That Easy", "Bring Me Home" stanowią środek albumu , który strasznie się dłuży i raczej nie ma w tych utworach nic odkrywczego ("It couldn't be that easy, it have to be much harder..." :-( ???). Całe szczęście "In another time" szybciej zapada w pamięć i jest... "jakaś", "Skin" to po "Soldier of love" mój faworyt na płycie - jest w niej coś świeżego i intrygującego. "The safest place" - wolny, krótki (2:46) utwór o bardzo oszczędnej aranżacji nie zaskakuje i zamyka pierwszy od 10 lat premierowy album Sade, który nie zaskoczył. Nie ma tu znacznego odejścia od stylu muzyki, który prezentowała Sade na "Lovers Rock", jednak kompozycje są znacznie słabsze - mniej przebojowe i mniej przejmujące. Podsumowując - szalenie cieszę się że mogę znów usłyszeć głos Sade w premierowych utworach, ale brakuje mi świeżości, pasji i odrobiny przebojowości. Ale utwór "Soldier of love" + teledysk do niego to istne muzyczno-wizualne uniesienie :D
:D
A nie lepiej sobie posłuchać piosenek w dobrej jakości mp3 w necie? :P Linki do płyty są już chyba na każdym forum internetowym XD
No i gdzie te dwa kawałki? Dziś poniedziałek.
Serce się raduje, Sade wróciła, no ale...
Całość już od kilku dni krąży w sieci. Jako wieloletni fan Sade oczywiście kupię ten album, (chociażby dla utworu tytułowego), ale po przesłuchaniu całej płyty nie jestem zachwycony :-( Co prawda są tu jedne z najlepszych (moim zdaniem) piosenek, jakie nagrała Sade ("Soldier Of Love", "Skin"), ale niestety poza tym jest nudno i... jeszcze raz nudno nudno :-( Nie da sie tego inaczej opisać. Z "Love Deluxe" czy "Lovers Rock" nawet nie ma co porównywać. "The moon and the sky" broni się jako piosenka otwierająca album - to Sade jaką znamy i kochamy, "Soldier of Love" - zdecydowanie najlepszy utwór i jeden z najlepszych w karierze Sade, "Morning Bird" - hmmm, chciałoby się powiedzieć, że piękny utwór ale mimo wysłuchania go chyba z 10 razy nie potrafię powtórzyć ani jednej nuty :-(, "Babyfather" - najbardziej "kołyszący" numer, który opowiada o miłości ojca do dziecka (hmmm... ???), "Long Hard Road", "Be That Easy", "Bring Me Home" stanowią środek albumu , który strasznie się dłuży i raczej nie ma w tych utworach nic odkrywczego ("It couldn't be that easy, it have to be much harder..." :-( ???). Całe szczęście "In another time" szybciej zapada w pamięć i jest... "jakaś", "Skin" to po "Soldier of love" mój faworyt na płycie - jest w niej coś świeżego i intrygującego. "The safest place" - wolny, krótki (2:46) utwór o bardzo oszczędnej aranżacji nie zaskakuje i zamyka pierwszy od 10 lat premierowy album Sade, który nie zaskoczył. Nie ma tu znacznego odejścia od stylu muzyki, który prezentowała Sade na "Lovers Rock", jednak kompozycje są znacznie słabsze - mniej przebojowe i mniej przejmujące. Podsumowując - szalenie cieszę się że mogę znów usłyszeć głos Sade w premierowych utworach, ale brakuje mi świeżości, pasji i odrobiny przebojowości. Ale utwór "Soldier of love" + teledysk do niego to istne muzyczno-wizualne uniesienie :D