szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy


więcej o...

18 LutegoNajnowsze wiadomości

18 Lutego Najnowsze plotki

Black Flag - What The...

Legenda zniszczona
2013-12-23, autor: Lesław Dutkowski, megafon.pl
  A A A
 

Niestety, aż się prosi, aby tytuł pierwszej po blisko 30 latach płyty legendy punka i hard core'a uzupełnić o przekleństwo na literkę "f". I opatrzyć go pytajnikiem oraz wykrzyknikiem. Wtedy oddałby idealnie to, co zrobił Greg Ginn ze wspaniałą legendą Black Flag.

OK, Ginn był obok Henry'ego Rollinsa główną siłą twórczą Black Flag, to on napisał "Rise Above" czy "TV Party", i był też zapewne na tyle przewidujący, by zastrzec nazwę zespołu. Czyli niby wsio jest zgodne z literą prawa i muzyk może sobie robić pod grupowym szyldem, co chce. Do tego jest właścicielem wytwórni SST, która albumy formacji zawsze wydawała. Brawa za zapobiegliwość. Były i są przykłady powrotów legend z jednym oryginalnym muzykiem. Ale musiałbym się mocno nagłowić, by przytoczyć jakiś pozytywny rezultat takowej. "What The…" z całą pewnością do grona wydawnictw udanych nie należy.

Nieprzyjemny smród jest wokół powrotu Black Flag. Przerzucanie się dokumentami sądowymi najwyraźniej wskazuje, że Greg nie dogadał się (lub nie chciał się dogadać) z dawnymi kolegami, którzy obecnie przypominają dokonania zespołu pod szyldem uszczuplonym o słówko "Black" (Keith Morris, Chuck Dukowski, Dez Cadena, Bill Stevenson). Personalia Henry'ego Rollinsa w tym zamieszaniu pojawiły się wyłącznie w kontekście pozwów. Smutne, że tylko tak są dziś w stanie "rozmawiać" dawni kumple. Ego Ginna okazało się ewidentnie tak wielkie, że opcja współpracy nie wchodziła w grę. Szkoda.

"What The…" jest płytą, która najzwyczajniej męczy. Ron Reyes wokalistą jest miernym, poziom jego charyzmy, zerowy. Fanom starego Black Flag to, co prezentuje, spodobać się nie może. Greg Ginn popisuje się bogactwem gitarowych zagrywek, których wielu gitarzystów będzie mu zazdrościć. Gdyby jeszcze te popisy były w służbie dobrej piosenki… Tych niestety jest tyle, co demokracji w Korei Północnej. Iskierka nadziei na poprawę jakości pojawia się w okolicach "Go Away" (10. kawałek na płycie!), świeci się jeszcze przy "The Chase", "It's Not My Time To Go-Go", "Lies", "No Teeth", i gaśnie bezpowrotnie. Pięć niezłych kawałków na 22. Mało. Dodatkowo nierzadko można odnieść wrażenie, jakby płyta była posklejana z części pochodzących z różnych bajek (we wcale niemałym stopniu zapożyczonych od The Stooges). Czasem poza garażowo rzężącą gitarą Ginna i ledwo słyszalnym wokalem Reyesa nie słychać nic. Cierpiałem, by dotrwać do końca ledwie 43-minutowej płyty.

Ktoś słusznie może zapytać, jaką mam gwarancję, że gdyby Greg Ginn dogadał się z kolegami, z którymi tworzył Black Flag ponad trzy dekady temu, nagrana płyta byłaby lepsza od "What The…". Nie mam żadnej. Ale to byłby przynajmniej miły ukłon dla fanów, pokazanie, że członkowie jednej z największych legend muzyki niezależnej znów są razem, znów tworzą. Nie wiem, jak rozpatrywać posunięcie Ginna, bo przecież Black Flag to nie ten wykonawca, który sprzedawałby miliony. Skok na kasę raczej odpada. Nakarmienie wybujałego ego? To chyba właściwa odpowiedź. Greg swoje ego nasycił, ale sądzę, że za swój narcystyczny postępek zostanie bezlitośnie - i słusznie - skarcony, przede wszystkim przez fanów.

Ocena: 2

Lesław Dutkowski, megafon.pl
oceń
0
2
Podziel się
  • Skomentuj
  • WP
  • FB

Korzystanie z komentarzy FB oznacza akceptację regulaminu

REGULAMIN

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!