Miało być zaskakująco. Tymczasem najbardziej zaskakuje, choć w sumie nie powinno, że Andrzej Piaseczny ponownie nagrał bardzo dobrą płytę.
Któregoś wieczora oglądałam z mamą pewien popularny polski serial. Nic wybitnego, wręcz przeciwnie, raczej przeciętna love story przyprawiona rozmaitymi perypetiami, acz z dobrą obsadą i zaskakująco udana. Zauważyła to również moja rodzicielka, stwierdzając, że w wykonaniu dobrych aktorów nawet banalna opowieść nabiera charakteru. Mniej więcej to samo można powiedzieć o płycie "To co dobre". Nie jest to coś nadzwyczajnego, ale w wykonaniu tak zdolnego muzyka i wokalisty, jakim jest Andrzej Piaseczny bardzo wiele zyskuje.
Przyznam, że po cichu liczyłam, że tak jak w programie "The Voice of Poland", artysta na nowym albumie pokaże swe nieco łobuzerskie, nie tak miłe i grzeczne oblicze. Nadzieje rozbudził też wydawca, przekonując, że będzie to dzieło zaskakujące brzmieniowo, momentami wręcz garażowe. Ludzie z wytwórni trochę jednak przesadzili z tymi opisami. I w sumie dobrze. Piaseczny wie, co dobre, co więcej wie, w czym jest dobry. A dobry jest w szlachetnym popie. Czasem może bardziej niż zwykle pomalowanym rockowymi barwami ("Most na dnie serca", "Wielkie lśnienie"), czasem bardziej surowo-akustycznym ("Miłość nie chce czekać"), ale i niezmiennie z pełnymi gracji smykami i delikatny fortepianem. Raz proponuje przytulne ballady ("Okruchy z jesieni", "Z dwojga ciał"), kiedy indziej coś ciut ostrzejszego ("Wielkie lśnienie"). Nadal też mamy zgrabne melodie, miękkie, organiczne brzmienie i świetny wokal. Nie każdy potrafi śpiewać tak lekko, na luzie, jakby z uśmiechem, acz kiedy trzeba z odrobiną melancholii.
"To co dobre" skrywa to, co w Andrzeju Piasecznym najlepsze. Pop w swej najbardziej szlachetnej postaci i najwyższej jakości.
Ocena: 4