W pierwszych minutach filmu "Goat", dołączonego do albumu "Iowa" w dziesiątą rocznicę jego wydania, perkusista Slipknota - Joey Jordison - przyznaje, że nawet jego przeraziło to, co nagrali. Czy można lepiej zareklamować metalową płytę?
Drugim longplayem Slipknot uwiarygodnił się przed ortodoksami. Poza zepsutymi amerykańskimi nastolatkami, które pokochały Dziewięciu za tajemniczy image i pchnięcie nu metalu na salony dwa lata wcześniej, teraz zauważyli ich fani Slayera. Kilka tygodni przed ujawnieniem się pilotów - kamikaze Osamy bin Ladena, Slipknot zafundował showbusinessowi własny atak na świętości i zastany porządek. Owszem, od piętnastu lat znaliśmy już szczytowe osiągnięcie metalu, jakim do dziś jest „Reign In Blood” (niektórzy przekonywali, że „Iowa” to „Reign In Blood XXI wieku”). Od dobrych dziesięciu lat także death metal to rósł w siłę, to popadał w stagnację. Ale nikt nie odważył się zagrać tak wściekle i przebojowo, będąc gwiazdą oficjalnych mediów.
Slayer, Deicide, Morbid Angel, czy Suffocation to duże nazwy, ale jednak w podziemiu. Slipknot zaś po pierwszej płycie stał się pupilkiem prasy. Jego utwory gościły w radiu i telewizji. A piszący o metalu upatrywali w zamaskowanych szaleńcach z Des Moines następców wyraźnie zagubionej Metalliki. Wszystkie te plany biznesowe i nadzieje z cichym jękiem przerażenia zostały uznane za zniweczone przez wydanie „Iowa”…
Dziś już wiemy, jak bardzo mylili się ci, którzy doradzali, aby Corey „śpiewał więcej tych ładnych melodii”. Jeszcze teledyski do „Left Behind” i „My Plague” dawały im nikłą nadzieję, że tych rad posłuchał, ale już naturalnie wyrosłe na przeboje koncertowe „People = Shit” i „Heretic Anthem” (z uzależniającym refrenem „If You’re 555, then I'm 666…”) były po prostu splunięciem w twarz „specjalistów”. Dla każdego innego zespołu wydanie drugiego albumu w takiej formie byłoby hucznym pożegnaniem z mainstreamem i oznaczałoby powrót do undergroundu.
Tymczasem „Iowa”, z pierwszą częścią ocierającą się o death metal i drugą – psychodeliczną, pełną ciężkich, industrialnych brzmień, zyskała miano platynowej płyty w USA i Kanadzie, a w Wielkiej Brytanii zadebiutowała na szczycie oficjalnej listy sprzedaży i pokryła się – tak jak i wielu innych krajach – co najmniej złotem…
Po dekadzie od tamtych wydarzeń Slipknot jest już przedsiębiorstwem, które działa globalnie i z rozmysłem. Armia prawników i menedżerów zadbała, aby „rozwinął się” i sprzedał ponad dwadzieścia milionów płyt. Z drugiej strony, nie zapobiegła śmierci Paula Greya, a Corey, Shaun i Joey zdecydowali, że Donnie Steele zawsze będzie tylko jego zastępcą. Bez względu na to, co obie frakcje szykują nam w przyszłości, warto w „Koźle” zobaczyć jak bezkompromisowy Slipknot był dziesięć lat temu, jak powstawała „Iowa”, skąd nagłe przygarnięcie przez zespół symboliki satanistycznej, oraz dlaczego płyta była tak mroczna i intensywna.
Do oryginalnych ścieżek dodano tylko „My Plague” w wersji „New Abuse Mix” i dołączono dysk z niepublikowanym wcześniej koncertem z Londynu, z 2002 roku. Na płycie DVD poza wspomnianym filmem dokumentalnym, pełnym wypowiedzi Paula, Coreya, Klauna i pozostałych muzyków, znajdujemy też klipy do „Left Behind” i „My Plague”, oraz koncertowe wersje „People = Shit” i „The Heretic Anthem”.
I choć nie jest to tak okazałe wydawnictwo jak jubileuszowa edycja „Slipknota”, to fanów usatysfakcjonuje, a może nawet momentami olśni..;)