Ich debiut, "V.E.N.I.", był udany, ale jeszcze nie zachwycał. Drugiej płyty, "V.I.D.I.", nie sposób przestać słuchać. Zespół Opatha po tuningu olśniewa!
I jak tak dalej pójdzie, to na "V.I.C.I." zaskoczy nas chórem gospel!;) Co wcale nie byłoby bez sensu, skoro Leash Eye gra muzykę tak bardzo zakorzenioną w amerykańskiej tradycji. Ale na razie mamy bezkonkurencyjny, hard rockowo – metalowy album roku 2011! Tak! "V.I.D.I." jest g.e.n.i.a.l.n.a!
Tuning zespołu objął dojście Voltana, który nie obsługuje po prostu instrumentów klawiszowych, ale – jak trafnie określa to sam zespół – gra na „dirty hamms”. Dla Leash Eye to zmiana jak przesiadka z Mustanga z rzędową szóstką do modelu z V ósemką. Z zewnątrz to niby ta sama maszyna, ale osiągi i brzmienie z „w porządku” katapultują ją na poziom „ja pie***ę!”. Choć akurat na "V.I.D.I." (w tekście „Deathproof”) znajdziemy, podejrzane u Tarantino, dodge’e – Chargera i Challengera.
Brudny Hammond w połączeniu z ciężkimi łapami Opatha, Mareckiego i Konara (odpowiednio – gitarzysty, basisty i perkusisty) oraz cornellowo – gillanowym, chropawym głosem Sebba, dają efekt bezużywkowego haju! Coś, o czym mogliście już zapomnieć, w zalewie nadmiernie technicznych, odhumanizowanych dzieł współczesnych groove- i deathmetalowców, czy przaśnych, hard rockowych epigonów AC/ DC.
Kiedy moi kolejni ulubieńcy stawali się swoimi karykaturami (Ritchie Blackmore biega z cytrą w ciżmach, Rick Wakeman zaczął grać po kościołach, a Robert Plant został wieśniakiem) przestałem się interesować hard rockiem. Leash Eye, łącząc go z metalem na "V.I.D.I.", zmusił mnie do tego, czego szczerze nienawidzę – do zmiany zdania. Udowodnił, że w XXI wieku takie granie może być ekscytujące i brzmieć nowocześnie!
Słuchając tej płyty osiąga się stan nirwany. Konkretnie – jeśli w sklepie płytowym, na stanowisku odsłuchowym zobaczycie osobę ze słuchawkami na uszach, która klęcząc, wije się i chowa twarz w dłoniach, to najpewniej słucha właśnie "V.I.D.I.". Przypuszczalnie utworu „The Wormth”. Dokładniej rzecz ujmując – solówki gitarowej – która zaczyna się od 4:44. I jest obłędna! W piątej minucie osiąga apogeum, a po kolejnych trzech już leżycie odurzeni przed sprzętem i wciskacie klawisz cofania. Ponad ośmiominutowy utwór mija jak pstryknięcie palcami.
I tak jest ze wszystkimi.
Dziękujemy, Leash Eye!