Chce się żyć! Po wysłuchaniu „TH1RT3EN” wraca wiara w metal. Już poprzednim albumem, "Endgame", Megadeth uosobiany przez Dave’a Mustaine’a, udowodnił, że thrash metal to nie trash.
Aż trzy utwory na „TH1RT3EN”, to „rzeczy z szuflady”: „New World Order”, „Millennium Of The Blind” i „Black Swan”. Pierwsze dwa to dzieła zbiorowe Mustaine’a, Ellefsona, Marty Friedmanna i Nicka Menzy. Trzeci skomponował sam Rudy Dave, ale na „United Abominations” z 2007 roku. Do tego, po dziewięciu latach nieobecności, w Megadeth gra znów oryginalny basista – David Ellefson (który zdążył już od powrotu dwa razy odwiedzić Polskę). Wygląda więc na to, że historia zatoczyła koło.
Co ciekawe, współkompozytorem części materiału jest też współproducent płyty, Johnny K., zatrudniony przez Mustaine’a po raz pierwszy, a dotychczas pracujący z „nowymi” zespołami pokroju Disturbed, czy Sevendust. Nowe są też instrumenty Dave’a Mustaine’a – między „Endgame” i „TH1RT3EN” został endorserem gitar Dean – i też mogły się przyczynić do sukcesu, jaki powinien odnieść Megadeth tym albumem. Teraz, tak jak na koncertach, wreszcie wszystko – nie tylko sekcja rytmiczna – brzmi potężnie.
Powyższe fakty wpłynęły zbawiennie na zawartość „TH1RT3EN”. Jest na niej duch „starego Megadeth”, ale w nowoczesnym wydaniu, interesujące solówki, dobre kompozycje (z „Sudden Death”, „Public Enemy No.1” i „Never Dead” na czele) oraz – choć jak zwykle wysilony – to zaskakująco mocno brzmiący głos „szefa”. Jedynie wspomniana, mroczna ballada sprzed niemal dwóch dekad, „Millennium Of The Blind”, ma tyle wdzięku, co bezzębna traktorzystka z zapuszczonego kołchozu. Co świadczy o tym, że gdyby nie krótki czas na zarejestrowanie albumu między kolejnymi trasami koncertowymi, mogłaby zostać, gdzie jej miejsce – w archiwach Dave’a Mustaine’a.
To niesamowite, że zespół, który nie stroni od autocytatów, jest w stanie posklejać na nowo swoje patenty tak, żeby sprawiały słuchaczom autentyczną frajdę. Megadeth jak Motӧrhead? Czemu nie!