Nie wiem jak po przesłuchaniu "Tęczy wybielacza" zwracać się do ukrywającego się pod nazwą Beneficjenci Splendoru Marcina Staniszewskiego. Chyba najbardziej odpowiednio będzie, Panie Profesorze.
Niebywałe jak bardzo dojrzałą i erudycyjną płytę można nagrać w Polsce. "Tęczy wybielacz" to dopiero drugie dzieło Staniszewskiego, ale już ustawił sobie (i innym) poprzeczkę bardzo wysoko. Nie wiem co trzeba będzie zrobić, by to przebić. A niby zastosowane tu rozwiązania są tak proste. Może właśnie chodzi o to, że najtrudniej w muzyce jest nie przekombinować . Już same teksty pokazują, że może być prosto, ale i… wybitnie zarazem ("naga Praga, koleżko nie udawaj, że jesteś nasz, bo będzie duży fuck up", albo taka gierka słowna: "trendywaty chłopiec szuka stylu") . Wokalnie często przypomina mi to wczesnego Bartosza Waglewskiego (leniwe recytowanie, przesterowany głos), albo… Grzegorza Ciechowskiego (słychać to szczególnie w "All Illusive").
Muzycznie Staniszewski bawi się pełną gamą elektroniki. A to łupnie rozjechanym trancem w stylu Gus Gus (końcówki "All Illusive" i "Ground Zero", oraz w zasadzie cała "Naga Praga"), albo inteligentnie złoży hołd Kraftwerk (wokaliza w finale tytułowego "Tęczy wybielacza" jak z płyty "Die Mensch Maschine", a we "Flash Mob" coś z okresu "Computerwelt"). Chwilami też jest bliski temu, co robią rozchwytywani obecnie James Blake i Jamie Woon ("Lawnchair Larry"), lub co robił kiedyś Beck ("Ground Zero"), albo Smolik ("Klasowy klaun"). Do tego mamy takie elementy jak bas i gitara Joy Division/New Order ("Człowiek bez awatara", "Ground Zero"), gitara z God Is An Astronaut i Caspian („Ground Zero”) i najbardziej niesamowity, jakby nie wiadomo skąd się wziął… saksofon ("Winnie Cooper").
Sam nie wiem, co tu jeszcze dodać. Chyba nie ma sensu się rozpisywać. Słucham i słucham tej płyty na okrągło i nie mogę wyjść z podziwu. Jest naprawdę wspaniale i po profesorsku.