Druga z reedycji Witching Hour, przedstawiająca Behemotha w fazie intensywnego dojrzewania, ma sens w zestawieniu z ostatnimi trzema albumami, ale najbardziej z poprzedzającą ją w dyskografii "The Return Of The Northern Moon".
Puszczone jedna po drugiej dają pojęcie o tempie, w jakim rozwijał się Behemoth. Z niepewnego epigona stał się bezkompromisowym uczestnikiem nowej black metalowej rewolucji. Najlepiej uwypukla to produkcja, bardziej "duszna", gęsta, dzięki pogłosom – bogatsza, a za sprawą błyskawicznie postępujących umiejętności instrumentalistów (Baal gra na perkusji znacznie pewniej i odważniej niż rok wcześniej) – potężniejsza. Bo i jest co "wyciągać" w ostatnim etapie realizacji.
W odróżnieniu od ascetycznych klawiszy Darkena, Cezary Morawski obudował wściekłość Behemotha urozmaiconymi podkładami, które stanowiły już składowe utworów, a nie tylko pełniły skromnie funkcje introdukcji, przerywnika w środku i outra. Gitary znacznie szybciej cięły riffami, a całość, choć programowo brudna i ze skrzeczącym wokalem Nergala (poszukiwania swojego stylu trochę trwały..;), sporadycznie kontrowanym melodeklamacją (jak w "Fields of Haar-Meggido"), była dość… melodyjna!
Tym razem Nergal z Baalem i Frostem zdecydowali się oddać hołd genialnemu Mayhem (sprawnie odgrywając "Deathcrush"), a w tekstach trwać w kręgu pogańskich historii Prasłowian. Demo docierało do zainteresowanych fanów via tape trading i dzięki informacjom w zine’ach od początku 1994 roku i zdobyło naprawdę dużą popularność, dzięki której Behemoth stał się znanym w podziemiu, bardzo szanowanym graczem.
I tak mu zostało...