Bywają płyty młodych zespołów, które nie zauważają, niesione szczeniackim entuzjazmem, że to, co im i ich znajomym wydaje się wspaniałe, dla tzw. normalnych słuchaczy nie jest już takie super. Gorzej, że zdarzyło się to i braciom Cavalera.
Żebyśmy się dobrze zrozumieli – ta płyta ma naprawdę dużo fajnych momentów. Niektóre, jak pasaże, grane przez obie gitary i bas w końcówce tytułowego utworu, nawet zmuszają do włączenia go sobie jeszcze raz. Ale to są tylko wyrwane z kontekstu fragmenty, o których można powiedzieć, że ledwie podnoszą poziom całości. A ta, niestety, wypada dość blado. Szczególnie w zestawieniu z rewolucyjno – rewelacyjnym debiutem.
Znów kłania nam się szołbiznesowy paradoks, najbardziej boleśnie objawiający się u metalowych artystów, którzy w zapowiedziach przedpremierowych zapewniają utopijnie o „jeszcze cięższym i bardziej brutalnym materiale, niż…”. W tym wypadku Max porównywał „Blunt Force Trauma” z „Inflikted”. Od razu przypomniały mi się wyścigi z jednego z filmów Clarksona (tego grubawego, łysiejącego Brytola z Top Gear), gdzie na starcie stanęły elektryczny mikrosamochód, G-Wiz i… stół. Zabawa była tak zaaranżowana, żeby czterech facetów, niosących mebel dotarło na metę przed tym pokracznym spełnieniem mokrego snu ekoterrorystów. W naszym wypadku, nawet poczciwy, tradycyjny stół jest z powyłamywanymi nogami.
Bo co z tego, że Max i Iggor korzystają ze sprawdzonych wzorców (jak stolarz z prawdziwego drewna i gwoździ), skoro całość zbijają byle jak. Nawet wybór singlowego „przeboju”, do którego powstał koncertowo-spacerowy teledysk jest chybiony. Zamiast letniego „Killing Inside” można było tłum zgromadzony w Razzmatazz pokazać z towarzyszeniem szybszego i naprawdę wściekłego „Torture”, czy bardziej urozmaiconego „Lynch Mob”. Druga kontrpropozycja dodatkowo posiada walor w postaci jedynego gościa spoza rodziny – z Maksem śpiewa tu Roger Miret z Agnostic Front. Inna sprawa, czy jego charakterystyczny, przytłumiony wokal pasuje idealnie do tej potężnej kompozycji…
Wracając do analogii motoryzacyjnych – „Blunt Force Trauma” może się wam przydać, ale jako tzw. „drugie auto w rodzinie”. Na co dzień możecie sobie słuchać całej dyskografii Sepultury (do odejścia Maksa), wybranych pozycji Soulfly i „Inflikted”, a od czasu do czasu sięgnąć po najnowszy krążek Cavalera Conspiracy. Ale też, zostając w świecie motoryzacyjnej terminologii, w ogóle odpuściłbym rozważanie kupna „wersji podstawowej”. „Pakiet bezpieczeństwa” w postaci koncertowego DVD (wprawdzie nakręconego za dnia, a więc Cavalera Conspiracy nie był gwiazdą, jak na wielu innych festiwalach, czy koncercie w Polsce) i trzech bonusowych pieśni, z udaną interpretacją „Electric Funeral” (z wplecionym fragmentem "Iron Mana") Black Sabbath, sprawi wam o wiele więcej radości, niż trochę ponad półgodzinny zestaw „gołych” jedenastu piosenek premierowych. Na winylu zamiast coveru Sabbathów jest dodany „Six Pack” The Black Flag. Piękny prezent na pięćdziesiątkę dla Henry’ego Rollinsa:)