Ayo przyklejono łatkę idealnej wokalistki do granie do kotleta. Jest to niesprawiedliwa ocena. Owszem, jej muzyka może stanowić tło do miłego spotkania w gronie bliskich osób, ale piosenkarka ma do zaoferowania dużo więcej.
Trzecie dzieło Niemki z nigeryjskimi korzeniami powstało w Nowym Jorku i Paryżu. Jest to zdecydowanie najbardziej dojrzały materiał Ayo. Tytuł jest dedykacją dla córeczki, która właśnie tak ma na imię, ale można w nim też odnaleźć echa fascynacji muzyką Billie Holiday. O ile jednak wybitna Amerykanka sięgała po jazz i soul, to u Ayo mamy przede wszystkim sporo reaggowych, karaibskich rytmów.
Z drugiej strony słyszymy (np. w "Black Spoon") również akustyczno - folkowe tło, niczym kiedyś u Tracy Chapman. "It Hurts" jest piękną, wysmakowaną popową balladą, której nie powstydziłyby się lata temu Mariah Carey czy Whitney Houston. Za to przy "I'm Gonna Dance" słyszymy Ayo, którą doskonale znamy od lat - napędzaną gitarowym brzmieniem, przebojową, nie sięgającą jednak po jakiekolwiek modne rytmy tanecznego R&B.
Niemka jest konsekwentna na swojej artystycznej drodze. Ciekawie dobiera współpracowników (na "Billie-Eve" mamy m.in. rapowego poetę Saula Williamsa, Craiga Rossa czy doskonałą basistkę Gail Ann Dorsey, znaną m.in. ze współpracy z Davidem Bowie oraz Gwen Stefani), nie spogląda z ukosa na to, co jest akurat popularne i głośne na listach przebojów, tylko robi swoje. Tak po prostu, zwyczajnie, od serca. Jedni widzą w niej europejską odpowiedniczkę Indii.Arie, jeszcze inni porównują ją nawet do Sade. Ja aż tak wysoko Ayo bym nie wynosił. Przede wszystkim dlatego, że wielkich porównań w jej przypadku zwyczajnie nie potrzeba. Dopóki robi swoje, nagrywa piękne melodie, które łączy z ciekawymi, inteligentnymi tekstami, sama w sobie jest gwarantem jakości.