Zespół Alter Bridge nie ma fanów jak Motörhead czy Slayer, którzy tatuują sobie logo ukochanej kapeli, albo wycinają je brzytwą na ciele. Nie jest też w pierwszej lidze rockowego mainstreamu, jak Metallica, czy Muse. Mimo to, warto ich posłuchać.
Początek mieliśmy słaby. Jeszcze kilka miesięcy przed premierą „AB III” uśmierciłem zespół, zachłystując się sukcesami Mylesa Kennedy’ego u boku Slasha. Reaktywował się też Creed, więc wydawało się, że na Alter Bridge Mark Tremonti i Scott Phillips nie będą mieli czasu albo ochoty. Tymczasem, to Scott Stapp musi jeździć po knajpach z akustycznymi setami solowymi, grzecznie czekając, aż reszta zespołu wyhula się w Alter Bridge i wróci do Jaśnie Wielmożnego Pana Wokalisty. Przewrotność losu potwierdza starą zasadę, że zgoda i współpraca buduje, a muchy w nosie i gwiazdorzenie – nie. Inna sprawa, że gdyby nie niesnaski między Scottem i Markiem, to Alter Bridge pewnie by nie było. A jest. I wydało trzecią płytę.
Pierwsze podejście skończyło się dla Amerykanów sromotnym KO – podczas słuchania ich (ponadgodzinnej) płyty pozmywałem naczynia, odkurzyłem, rozwiązałem trzy krzyżówki, wziąłem prysznic, zjadłem obiad i już miałem iść na spacer, kiedy usłyszałem nagle jakiś frapujący dźwięk. To „zaloopowany” riff „Coeur d’Alene”, wchodzący po spokojnym (jak to u Creeda, przepraszam – jak to w Alter Bridge!:) wstępie i przed hipermelodyjnym refrenem. Jest więc niby powielanie schematu, ale jednak przykuwające uwagę. I to po niemal godzinie brzęczenia muzyki gdzieś w tle. Dlatego kolejne przesłuchania miały już odpowiednią oprawę. No, może nie zapaliłem świec i nie otworzyłem wina, ale bardziej skoncentrowałem się na tym, co Alter Bridge proponuje na „AB III”.
Końcówka, po wspomnianym „Coeur d’Alene” jest do bólu poprawna i przewidywalna (wyłączając solo gitarowe w finale „Life must go on”), ale początek, odpalonego ponownie krążka, może się podobać. Niepokojący śpiewo-szept Mylesa w „Slip to the void” dobrze współgra z atakującymi go cięższymi gitarami i kontrastuje z, niepowstrzymywaną myśleniem o radiowych playlistach, dynamiką reszty utworu. Najszybszy i najbardziej metalowy „Isolation” jest najfajniejszy, bo najszybszy i najbardziej metalowy;) No może ex aequo ze „Still remains”. Tremonti w ogóle wydaje się tęsknić do swojej niespełnionej fantazji o projekcie Downshifter, który szykował z Joey’em Jordisonem ze Slipknot i Jamey’im Jastą z Hatebreed, a który zapewne grałby jakąś bardziej skoczną odmianę country and western;)) Na „AB III” mamy więc mnóstwo zaczepek solówkami, granymi tappingiem, czy z wykorzystaniem tremola. Podwaliny pod melodyjny śpiew Kennedy’ego to też dość masywne motywy, grane, jeśli nie ze złością, to przynajmniej bez wyrachowania. Oczywiście jak na nich.
„Ghost of days gone by” ma celowo wyeksponowaną perkusję, która nawet przez chwilę gra solo, „All hope is gone” tylko tytułem nawiązuje do ostatniego albumu Slipknota, ale jak na średniotempową balladę ma bardzo przyjemnie bujającą linię wokalną. Zresztą bardzo fachowo sklejoną z gitarami, które po drugim refrenie jadą bardziej agresywnie i robią dobry klimat pod solo Tremontiego. W następnym, „Still remains” mamy bardzo nisko zagrany wstęp, tylko lekko rozjaśniony śpiewem Mylesa, ale wciągający później pancernymi riffiadami. Pancernymi, jak na nich, rzecz jasna:) W każdym następnym utworze Alter Bridge serwuje nam na przemian zachwycające ciężkie zagrywki, rozmiękczane „za ładnymi” harmoniami wokalnymi i dla równowagi podrasowane gitarowymi solówkami. Niechlubnymi wyjątkami są przesłodzone „Wonderful life”,”Fallout” i wspomniany dublet zamykający płytę. Gdyby je wywalić prawdopodobnie byłby lepsza...
Jako podsumowanie, wiadomość z ostatniej chwili: Alter Bridge jednak ma oddanych fanów! Właśnie dostałem sms-a od dwóch koleżanek, które specjalnie na ich koncert poleciały do Rzymu! Przez grzeczność i szacunek dla ž tej płyty nie dociekałem, czy jakiś wpływ na tę heroiczną decyzję miał fakt, że w tamtej części Włoch jest teraz +17 stopni..:)