Tobiasz Biliński na nudę raczej nie narzeka. Dziewiętnastolatek gra w zespole Kyst, organizuje festiwale (pierwsza edycja Gingerbread Fest już za nami), wydaje płyty innych artystów, jest booking agentem w Burning Eagle Booking i zapewne robi jeszcze milion innych rzeczy o których niedługo usłyszymy.
Dobrze, że w tym natłoku zajęć znalazł przysłowiową "chwile dla siebie" i powołał do życia jednoosobowy projekt Coldair gdzie rozwija swoje własne pomysły, nie pasujące do innych formacji w których się udziela.
Gatunek singer-songwriter niesłusznie kojarzy się większości ze smutnym chlopaczkiem śpiewającym równie smutne ballady o miłości. Wykonawcy tacy jak Iron & Wine, Mount Eerie czy The Tallest Man On Earth skutecznie zrywają z tym krzywdzącym stereotypem i pokazują, że zamiast otoczki wokół piosenkarza ważna jest jego muzyka. Na debiucie Coldair jest podobnie.
Tu nie można się nudzić a każdy utwór potrafi zaciekawić tekstem, aranżacją albo użytymi instrumentami. Biliński nie bał się pokolorować dźwięku swojej gitary rozmaitymi przeszkadzajkami oraz innymi instrumentami typu harmonijka. Bardzo dobrze wpływa to na kształt oraz brzmienie utworów. Co ciekawe, w przeciwieństwie do całej masy singer-songwriterowych wydawnictw, "Persephone" jest bardzo dobrze wyprodukowane – nie rażą nas błędy produkcyjne, instrumentalne czy wokalne (o nich za moment) niedoskonałości, które niejednego potrafią doprowadzić do szewskiej pasji podczas osłuchiwania nowonabytego wydawnictwa. Płyta została głownie nagrana w domu muzyka. I to słychać - jesienne dźwięki bardziej kojarzą się z domowym zaciszem aniżeli że sterylnym studiem nagraniowym. Biliński nie posiada idealnego wokalu, w niektórych kawałkach wychodzi to na wierzch, ale jak wspomniałam wcześniej - nie drazni, nie szkodzi płycie. Wrecz przeciwnie, nadaje jej większej autentyczności.
Słuchając takich utworów jak 'All kinds of voices' czy mojego faworyta , 'We could see' (tu gitara brzmi jak na najlepszych płytach magików z kręgów alt-country!) aż ciarki przychodzą na myśl co jeszcze stworzy autor. Ciężko mówić o tym aby młody wykonawca był nadzieją polskiej alternatywy (cóż za szumne hasło!), ale jest na dobrej drodze aby to osiągnąć. Przed nim jeszcze dluga droga, ale emocje które towarzysza 'Persephone', przy kolejnych odsłuchaniach są podobne do tych obecnych choćby przy 'No Flashlight' Mount Eerie.
Minusy? Krążek brzmiałby ciekawjej gdyby pokolorowano go subtelną elektroniką - ale przyznaję, to dość subiektywne odczucie. Drugim jest niestety dostępność plyty, ale jest to standardowa bolączka jeżeli mówimy o wydawnictwach niezależnych. Płytę dostaniemy jedynie na koncertach lub internetowych aukcjach.
Osobiscie mam nadzieje że blisko półtoramiesięczna trasa po Europie (w chwili kiedy to pisze Biliński ma pobookowane daty w Brukseli, Hamburgu czy Pradze) nie zmęczy artysty i wróci on z nowymi pomysłami, które sprawiedliwie rozdzieli pomiedzy Coldaira a Kyst. Szkoda by było gdyby któryś z tych pomysłów ucierpiał na rzecz drugiego. Bardzo dobrze że nowe pokolenie młodych polskich muzyków czerpie z innych wzorców niż tylko gitarowe dorobki naszych rodzimych gwiazd (nie ma co się sprzeczać, ale łatka singer-songwriter doskonale pasuje do dorobku np. Jacka Kaczmarskiego) - sięga dalej i odkrywa. To bardzo dobrze rokuje na przyszłość.
Na sam koniec warto wspomnieć o opakowaniu (projekt autorsta Zuzy Golińskiej oraz Grażyny Rigall). Choć bardzo ascetyczny, doskonale pasuje do tego co możemy znaleźć na krążku i stanowi wspaniale uzupełnienie melancholijnych brzmień. Kolejny powód aby postawić fizyczną wersje krążka na półce a nie posilać się miałkimi plikami z rozszerzeniem .mp3.