Tytuł nowej, przełomowej płyty Murderdolls, sugeruje, że Wednesday 13 i Joey Jordison nas pozabijają, zostawiając kobiety i dzieci na koniec. I to nie są czcze przechwałki…
Nie byłem fanem pierwszych przejawów aktywności Murderdolls. Sztampowe kawałki z pogranicza pudel metalu i rocka z lat osiemdziesiątych, okraszone tekstami „inspirowanymi” filmami grozy, miały znamiona "skoku na kasę" i żadnej wartości artystycznej (choć dość fajny był np. cover Billy’ego Idola, z zabawnym video). Co się zmieniło przez osiem lat od debiutu?
Właściwie wszystko, poza sprawcami. To nadal zespół, w którym Joey Jordison może odetchnąć od morderczych partii perkusyjnych, jakie wymyśla sobie w Slipknot, czy gościnnie wygrywa w Otep, albo w zespole Roba Zombie. A Wednesday, robiąc właściwie to samo, co w swoich regularnych zespołach, ma szansę być wreszcie dostrzeżonym przez setki tysięcy "uśpionych" fanów. W przypadku tej płyty zaryzykowałbym nawet większe liczby, bo przebojowością "Women And Children Last" bije na głowę całkiem przyzwoitego Nickelbacka, bardzo nieprzyzwoitych Turbonegro, czy znajdujących się gdzieś pośrodku Mötley Crüe. Ta nazwa będzie się zresztą pojawiała przy okazji omawiania tego krążka niejako z automatu, bo jakimś cudem obu Joyeyom (Wednesday ma naprawdę na imię Joey) udało się ściągnąć do studia Micka Marsa (gra w "Drag Me To Hell" i "Blood-stained Valentine")! Kultowy gitarzysta Crüe, który – według relacji podjaranych Murderdolls – jest Największą Pieprzoną Gwiazdą Rocka, podobno "(…) jeździ przekozacką furą, śmierdzi whiskey i milionami dolarów, a z każdego ramienia zwisają mu laski, które nie są Miss Ameryki tylko dlatego, że żyjąc z Mickiem mogą się częściej przebierać, więcej podróżować i pie***ć ile wlezie…"*
Od drugiego utworu, bo pierwszy to intro z przechwałkami, które muzycy spełniają przez resztę płyty, słuchamy z coraz większym niedowierzaniem coraz bardziej nośnych kawałków z pogranicza hard rocka, punka i metalu. To niesamowite, że przez sześćdziesiąt lat istnienia rock and rolla, nikt wcześniej nie wpadł na pomysł nagrania tak prostej i wciągającej kompozycji, jak "Chapel Of Blood". Trudno uwierzyć, że "Bored 'til Death", z wwiercającym się w głowę wersem "And I've Got An Obsession.../ With Smith And Wesson!", nie jest jeszcze singlem i nie sprzadał się/ nie ściągnął w milionie egzemplarzy!
W każdym z wymienionych, i później rozbrzmiewających radośnie i groźnie kawałków, Jordison gra równo i prosto, choć nie jest w stanie powstrzymać się od dość szybkich przejść, którymi akcentuje co fajniejsze gitarowe zagrywki Wednesdaya (czy puszcza się galopem na dwie centrale, jak w "Homicide Drive"). A ten gra, jak natchniony i śpiewa, jakby gardło miał z metalu (posłuchajcie "Rock n' Roll Is All I Got"!), z którego robią Terminatory najnowszej generacji. Rzecz jasna w ich wykonaniu "radośnie" znaczy bardziej z szelmowskim uśmieszkiem, a "groźnie" to trochę komiksowo, a trochę tak, jak wygląda twarz każdego, kto właśnie zmiął przekleństwo, tuż przed bójką nad ranem, gdzieś w pustoszejącej knajpie…
Poprzednia płyta Murderdolls, o wiele mniej udana i wydana w zupełnie innych okolicznościach, znalazła sto tysięcy nabywców i zagwarantowała im status megagwiazdy w Japonii. Nie chcę się z nikim zakładać, ale uważam, że tym razem murderdollsmania powinna zatoczyć szersze kręgi, bo „Women And Children Last” to wyjątkowo świeże mięcho, jak na rockandrollowy ochłap!
* - jak relacjonował Wednesday, z którym całą rozmowę będziecie mogli niebawem przeczytać na stronach Wirtualnej Polski.