Roznegliżowane tancerki, Elvis i Fidel Castro na jednej scenie. To się mogło wydarzyć tylko na koncercie Jane's Addiction. I tylko w Halloween, w Nowym Orleanie.
W lipcu 2009 grupa Jane's Addiction odwiedziła Polskę i był to jeden z najlepszych występów spośród tych, jakie dały dziesiątki reaktywujących się w ostatnim czasie kapel (a widziałam Rage Against The Machine, Faith No More czy The Smashing Pumpkins). Kwartet zachwycił chemią, która iskrzyła między muzykami i radością grania, która w postaci nieustających uśmiechów malowała się na ich twarzach. Tego niestety nie widać na DVD "Live VooDoo", na które trafił show, jaki Perry Farrell, Dave Navarro, Stephen Perkins i Dave Avery dali 31 października 2009 roku w Nowym Orleanie. Owszem, Navarro chwilę "poflirtuje" z uroczym pałkerem, a Perry z raz czy dwa powypręża się u boku Dave'a, to jednak nie to samo. Może za bardzo koncentrowali się przez nagranie, a może u nas po prostu bardziej im się podobało (choć do Luizjany przyjechało kilkadziesiąt tysięcy fanów więcej). W każdym razie jest to jedna z dwóch wad wydawnictwa. Druga to brzmienie, a raczej sposób nagrania - typowy dla współczesnych dzieł koncertowych, z rzadka słyszaną publicznością. Ale tak to dziś bywa, czasy "101" Depeche Mode pełne wrzasków i pisków przebijających się z tłumu odeszły bezpowrotnie. Dosyć jednak narzekania, bo najnowsza propozycja od Jane's Addiction nie należy do takich, na które trzeba się skarżyć.
Kto był w Poznaniu lub miał jakąkolwiek styczność z koncertowymi popisami Amerykanów (chociażby poprzez kompilację "Kettle Whistle"), wie, że ich muzyka na żywo nabiera zupełnie innego wymiaru. Cały groove, swoista nerwowość, napięcie w wersji live, są co najmniej kilkukrotnie spotęgowane. Kawałki mają inną dynamikę, wydają się z jednej strony bardziej plastyczne, "giętkie", z drugiej ich najmocniejsze momenty dopiero poza studiem są w pełni wyeksponowane. W tym zespole każdy jest wirtuozem i każdy ma swoja chwilę, by zabłysnąć i to nie w jakichś wydumanych solówkach, lecz normalnie, w ramach "regularnego" utworu. Stąd bardziej funkujące "Been Caught Stealing" z kapitalna partia basu Avery'ego ( o intro "Mountain Song" nie wspomnę) czy kosmiczna gitara we wstępie oraz perkusyjne szaleństwo na koniec "gęstego" "Ted, Just Admit It". Mamy ponadto klimatyczne, mroczne niczym The Cure i hipnotyzujące "Three Days" z ekstatycznym, rozbudowanym finałem czy bardziej ogniste i energetyczne "Stop!". Nie zapominajmy też o przepięknym akustycznym, "ciepłym" "Jane Says".
Ponieważ mamy do czynienia z show Jane's Addiction, nie ma mowy o zwyczajnym widowisku. Perry odstawia swe dzikie tańce ubrany w pobłyskujący, grafitowy kombinezon, paradując przez większość koncertu w przezroczystej pelerynie i od czasu do czasu popijając wino z gwinta. Perkins kilka razy zasiada za zestaw w masce (w końcu to Halloween), a Navarro jak zwykle świeci obnażoną klatą (tylko Eric spokojny i skoncentrowany w t-shircie i spodniach w kratkę). A skoro o goliźnie mowa, mamy dwie roznegliżowane panie, które podczas "Ted, Just Admit It" robią za żywą replikę okładki do "Nothing's Shocking", acz co innego mają na głowie i jednak są ciut bardziej ubrane. To jednak rekompensują wymachując ponętnymi nogami. No i jest jeszcze halloweenowa parada dziwaków oraz przebierańców ze wspomnianym Elvisem i Castro.
Jane's Addiction nie rozpieszcza wydawnictwami (od początku istnienia, od 1985 roku, zaledwie trzy studyjne albumy). Co więcej, zespołu, który zarejestrował "Live VooDoo" już nie ma, Avery postanowił bowiem ponownie odejść, a jego miejsce zajął Duff McKacan. Pomijając więc fantastyczne koncertowe wykonania utworów, dzieło jest prawdopodobnie jedyną pamiątką, jaką będziemy mieć z niedługiej reaktywacji kapeli w oryginalnym składzie. Krótko mówiąc, dla fanów pozycja obowiązkowa.
P.S. Wśród dodatków jest migawkowy, acz kapitalny materiał z "NME Awards", na którym Jane's, wyróżnione tytułem Boskiego Geniusza (Godlike Genius) prezentuje się w pełnej krasie - jeszcze więcej negliżu, połykacze ognia i dzika energia.