Płyta młodych Brytyjczyków jest dość intrygująca. Najbardziej dlatego, że nie sposób sobie wyobrazić, jak zabrzmi na żywo. Z tablistą, próbującym przedrzeć się przez gitary i wokal…
Szczęśliwie, dane nam będzie zobaczyć Jurojin w akcji jeszcze tego lata. 27 sierpnia w Katowicach, podczas Metal Hammer Festival. I wszystko stanie się jasne. Czy ten zespół, to wycyzelowany w studiu projekt pozerów, którzy chcieli nas wziąć przez zaskoczenie, czy grupa ziomów, którzy akurat w ten, nie najprostszy sposób, postanowili przekazać nam swoją miłość do sztuki.
Sporo przemaiwa na ich korzyść. Lider zespołu, gitarzysta Nicolas Rizzi, wskazuje na skomplikowane losy swoje i przodków. A z kolegami, obsługującymi inne instrumenty było podobnie. Trafili do Londynu pokrętnymi ścieżkami. Być może więc ich dążność do mieszania tak różnych stylistyk, jak world music (z dominującym brzmieniem tabli), z fuzją rocka i jazzu, to naturalna kolej rzeczy. Skoro tak czują…
Dla kogoś z zewnątrz w pierwszym odruchu wydaje się to nienaturalne, ale nie wymuszone, czy przekombinowane. Po prostu brzmi dziwnie, gdy kolo, który brzmi jak James Maynard Keenan (w rzeczywistości wokalista Jurojin to James Alper) milknie, a jego kolega rżnie solo na tych bębenkach… Szczęśliwie, popisy na tabli nie rywalizują z najcięższymi gitarami (te łoją aż miło w „The Scars” i „The Liar”), tylko towarzyszą bardziej lirycznym fragmentom, gdzie Nic gra bez przesteru, a James śpiewa delikatnie (głównie w „Proem” i „The Equinox”).
Skoro to debiutanci, to nie będzie straszną zbrodnią podparcie się kilkoma nazwami, które ich muzyka przywołuje podczas (dość przyjemnego) słuchania „The Living Measure of Time”. Przede wszystkim Tool. Jeśli z niecierpliwością odliczacie kolejne dni i spodziewacie się, że nie będzie ich dziesięć tysięcy;), to Jurojin zdecydowanie umili wam oczekiwanie. W ostatnim na tej półgodzinnej płytce, „The Dreaming”, sporo dla siebie znajdą też fani Cynic i wszystkich projektów satelickich (Gordian Knot, Sadus, Exivious i innych). Ciężka gitarowa jazda, ciekawie przełamywana basowymi dialogami z perkusjonaliami, przekonuje, jak rewolucyjne dźwięki z „Focus”. Uspokojenie w drugiej części utworu pojawia się naturalnie, wycisza emocje i jednoznacznie zamyka ten mini-album. Pozostawia nas w ciszy, z tym fajnym uczuciem niedosytu, który każe zastanowić się, co też wymyślą na koncertach i dużej płycie.