Ustalmy sobie jedno. Nikomu, tak jak mnie, nie zależy tak mocno na rozwoju rynku nowych rockowych kapel w Polsce. No… może jeszcze kilka osób pragnie tego równie mocno. I podkreślmy, że chodzi o rozwój.
Kiedy kartkuję New Musical Express zazdroszczę Anglikom. Jasne, że to śmieszne, jak podpalają się co tydzień, odkrywając kolejną „Nadzieję Brytyjskiego Rocka Tego Roku!”. Pewnie, że połowa nowoodkrytych kapel brzmi tak samo. Równocześnie jednak w ostatnich latach pojawili się Kasabian, Gallows, Deaf Havana, czy Big Num. O Stanach nawet nie wspominam, bo tacy The Black Keys, czy The Dead Weather robią coś naprawdę wielkiego, choć to przytomni innowatorzy, którzy bazują na patentach doskonale znanych od lat. Nawet jeśli to naciągani debiutanci. Jednak doświadczenie nabywali już w nowym wieku, więc przy takiej Metallice, czy innych Pearl Jamach, to wciąż młodziaki.
A jak już przy doświadczeniu jesteśmy, to na okładce „Heavy Guitars & Sexy Vocals”, patrzą na nas zdecydowanie dojrzali mężczyźni (odpowiedzialni za tytułowe ciężkie gitary i niewyróżnioną, i słusznie, perkusję). Towarzyszą im trzy dziewczyny, wokalistki – Olga i Milena, oraz basistka Agnieszka. Na zdjęciu zwraca uwagę, centralnie ustawiony, pan o aparycji Kononowicza, oraz kolorystyka całej kompozycji, osadzona w głębokich szarościach środkowego PRL-u. Nie jest to najbardziej udana fota na okładkę. Żeby mieć z głowy minusy i przejść do zalet, trzeba jeszcze odnotować dość nieporadną grę perkusji (przejścia w „Foolish Game”, czy mocno odstający brzmieniowo od reszty „Brain Wash”), niezrozumiałe mieszanie polskiego i angielskiego w polskiej wersji piosenki „Dziwna Gra”, czy dość amatorsko brzmiące gitarowe partie, kojarzące się z KSU z lat osiemdziesiątych. A Siczka nie był wtedy wirtuozem i miał do dyspozycji coś bardzo odległego od customowej wersji Les Paula…
Mimo to, wytwórnia Big Blue wydała im tę EP-kę z czterema piosenkami (w tym jedną w dwóch wersjach językowych), a zespół z powodzeniem wystąpił na festiwalu w Węgorzewie. Wychodzi więc na to, że społeczeństwo potrzebuje takich kapel. Zespołów, które tak bardzo kochają rocka, że nie przeszkadza im w realizowaniu pasji, ani brak pomysłów (piosenki równie dobrze mogłyby powstać w każdej z minionych trzech dekad), ani warsztatu (instrumentaliści mają naprawdę sporo roboty przed wydaniem płyty, jeśli chcą zrobić to profesjonalnie).
A naprawdę życzyłbym sobie, żeby pojawił się u nas zespół, który zachwycałby od początku do końca. Żeby grał swobodnie i nowatorsko. A kolegom z zagranicy, wysłany link na majspejsa, sprawiałby radość, a nie ich rozbawiał… Póki co, sekstet z Krakowa wydaje się kolejną ofiarą szczególnej łatwości, z jaką współcześnie można nagrać i wydać płytę, jeśli się ma odpowiednią determinację i wkład finansowy.
Rzecz jasna, Seven Nation Army ma też mocne punkty. Dwa. Atutem grupy są obie wokalistki. Wprawdzie dublowanie dość podobnych głosów wydaje mi się rozpustne, ale może dziewczyny się nawzajem nakręcają, albo po prostu lubią razem śpiewać… I jeszcze jeden plus! Do wejścia gitarowej solówki, przyjemnie słucha się reggae’owego zwolnienia w „This Time”.
Piosenki z „Heavy Guitars & Sexy Vocals” mają jakiś tam urok, są dość melodyjne i całkiem dobrze zaśpiewne, ale nie spełniają obietnicy danej w tytule płyty. Z pewnością też, o zespole Seven Nation Army nie możemy powiedzieć, że wnosi cokolwiek w rozwój rocka. A czy przynosi chlubę swojemu patronowi – The White Stripes? Proponuję sprawdzić za pośrednictwem, masterującego opisywane dzieło, Cj DeVillara (który albo się nie przyłożył, albo miał dziwną koncepcję na brzmienie, albo dostał do obróbki naprawdę straszną siekę), najlepiej u samego Jacka White’a..:)