szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy


więcej o...

27 MajaNajnowsze wiadomości

27 Maja Najnowsze plotki

Zakupy

Nokautporównaj ceny z nokaut

Iron Maiden - The Final Frontier

Cztery i pół minuty nowatorstwa
2010-08-19, autor: Zbigniew Zegler
  A A A
 

Wstęp „The Final Frontier” daje nadzieję i chwilową satysfakcję wszystkim, którzy oczekują od Iron Maiden eksperymentów. Pozostałe – też całkiem udane – ponad 72 minuty, to już "stary Ajron".



Zespół Steve’a Harrisa od kilkunastu lat szczególnie dba o to, żeby jego płyty miały elementy, które wyjątkowo dobrze wypadną na żywo. Chwytliwe refreny (zanućcie raz "The Final Frontieeeer" albo "Mother of Mercy" z Bruce’em, a później spróbujcie się od tego uwolnić;), podniosłe introdukcje, które pozwolą zbudować odpowiednią atmosferę, czy charakterystyczne solówki gitarowe i śpiew Dickinsona, którym będzie zapierał dech w piersiach wszystkim słuchającym, a sam w tym czasie poskacze po najwyższych wybiegach ogromnej sceny. To wszystko jest na najnowszym wydawnictwie Brytyjczyków. I to na najwyższym możliwym poziomie. Czego, szczerze mówiąc, już się po nich nie spodziewałem. Poprzednia płyta "A Matter of Life and Death" była, w moim odczuciu, niezbyt udanym krążkiem, a czas wcale nie musiał zadziałać na korzyść "chłopców", którzy już dawno osiągnęli wszystko.
Tymczasem pierwszy kontakt z „The Final Frontier” budzi zachwyt każdego, kto jeszcze łudzi się, że muzycy Iron Maiden mogą przemeblować swój styl bez szkody dla utożsamianych z Dziewicą szczegółów, ale i z jakąś dozą nowatorstwa, na przykład w grze Nico… W potężnym „Satellite 15.....The Final Frontier”, z przetworzonym basem we wstępie, bębny są nagrane inaczej, niż zwykle. McBrain gra więcej „po tomach”, ale mniej urozmaicenie, właściwie bez przejść, co nadaje temu fragmentowi transowego charakteru. Jeśli dodać do tego niebezpieczne gitary, które nie brzmią na siłę wirtuozersko, tylko robią złowróżbny klimat, dostajemy cztery i pół minuty zupełnie nietypowego, innego niż zwykle, nowoczesnego, ale Iron Miaden! Po czym wchodzi Bruce Dickinson, którego głosu nie daliby rady zniekształcić nawet Murzyni z autotunem. Brzmi niepodrabialnie i tak ironmaidenowo, że pod spodem zespół może sobie nawet grać na akordeonach, a i tak wszyscy będą wiedzieli, że to oni!

Album ma momenty bardzo dobre, ale przy czasie trwania ponad 76 minut, nie miał szans na to żeby w całości olśniewać. Nawet, jeśli Steve z gitarzystami wymyśliliby same współczesne odpowiedniki „Hallowed Be Thy Name”, czy „Wasted Years”. Uczucie znurzenia po raz pierwszy pojawia się po pół godzinie, gdy „Isle Of Avalon” po czterdziestej siódmej zmianie tempa znowu się wycisza (około szóstej minuty), a nic by się nie stało, gdyby po całkiem przyzwoitej solówce się skończyła. Dziewiątą minutę utworu witamy z niemałą ulgą, chyba, że – i tu podpowiedź dla najmniej wytrwałych – podzielimy sobie „The Final Frontier” na mniejsze porcje i najdłuższych piosenek będziemy słuchać w oderwaniu od reszty. Z przerwami na posiłki i odnowę biologiczną:) Wówczas w każdej kompozycji bez problemu znajdziemy ciekawe motywy, nawet jeśli całość nie ma znamion przebojowości „Powerslave”, czy „Two Minutes To Midnight”.
Zachęcam do zapoznania się z tym materiałem, bo to najbardziej udane wydawnictwo Iron Maiden od czasów „Brave New World”. Choć gdyby zespół odważył się pociągnąć dalej eksperyment z początku płyty wytrąciłby wszystkie argumenty twierdzącym, że Ironi w kółko grają to samo. A ja chętniej i bez uczucia lekkiego obciachu słuchałbym „The Final Frontier” w samochodzie. Woleli jednak poprzestać na zadowoleniu tych kilkunastu milionów ortodoksyjnych fanów, którzy są z nimi od lat i za każde złe słowo pod adresem Iron Maiden wypowiadają jihad nieostrożnemu recenzentowi.

Zbigniew Zegler
oceń
0
0
Podziel się

Zobacz więcej w serwisach WP

Teleshow.pl

No co Ty!?

Horoskop

Pytamy.pl

Kultura

  • Skomentuj
  • WP.PL
Ocena: 0 [0]
~pinio [2010-08-31 01:19]

tylko skąd ta gęsia skórka...?
Niby nic nowego - trochę rytmów patataj, oczywiście melodyjność pozwalająca nucić ten lub inny fragment każdego z 10-u utworów przy goleniu ... W sumie - nic nowego jak na odbiór nowej płyty IM. Tylko ... dwa razy w życiu (raz po TNOTB) zdarzyło mi się, że po odsłuchu nowej (czyjejkolwiek) płyty chciało mi się (żeby nie napisać - "musiałem") puścić ją jak najszybciej znowu. Ten jest trzeci. Jakim cudem płyta, która po pierwszym odsłuchu budzi niepokój (co to do cholery jest?!) za każdym następnym razem zapada w mózg jak coś oczywistego, niby prostego a przecież tak pogiętego, połamanego, naładowanego bogactwem melodii i harmonii? Jakim cudem przy każdym z 10-u kawałków pojawia się gęsie skórka? I to kilka razy?! Ta płyta to mistrzostwo konstrukcji. Bogactwo melodii i/lub harmonii, których - w niemal każdym utworze - mistrzowska upakowano po kilka. Płyta jest lżejsza brzmieniowo niż poprzednia, ale o niebo bardziej przejmująca . Panowie cieszą się muzyką i nad nią panują - to słychać. Jeśli czegoś mogę sobie (i chyba nie tylko sobie) życzyć - to tylko kolejnych kompozycji IM. Ta płyta to mistrzostwo świata! I jeszcze pytanie - czy tylko ja mam wrażenie, że nr 7 jest logicznym (w emocjonalnym wymiarze) następstwem nr-u 6? Kiedy wchodzi wokal mam wrażenie, że to przedłużenie poprzedniego kawałka. No i końcówka - śliczności!!! - być może najbardziej przejmująca kompozycja IM. Kiedy Dickinson zaczyna pierwsze głośne wejście - spada się z krzesła. Bez patatajów - a jednak! UP THE IRONS !!!

odpowiedz

Ocena: 0 [0]
~IronGirl [2010-08-20 21:48]

Świetna recenzja, bardzo mi się podoba. 5 leci. Pozdrawiam. UP THE IRONS! <3333

odpowiedz