Wstęp „The Final Frontier” daje nadzieję i chwilową satysfakcję wszystkim, którzy oczekują od Iron Maiden eksperymentów. Pozostałe – też całkiem udane – ponad 72 minuty, to już "stary Ajron".
tylko skąd ta gęsia skórka...?
Niby nic nowego - trochę rytmów patataj, oczywiście melodyjność pozwalająca nucić ten lub inny fragment każdego z 10-u utworów przy goleniu ... W sumie - nic nowego jak na odbiór nowej płyty IM. Tylko ... dwa razy w życiu (raz po TNOTB) zdarzyło mi się, że po odsłuchu nowej (czyjejkolwiek) płyty chciało mi się (żeby nie napisać - "musiałem") puścić ją jak najszybciej znowu. Ten jest trzeci. Jakim cudem płyta, która po pierwszym odsłuchu budzi niepokój (co to do cholery jest?!) za każdym następnym razem zapada w mózg jak coś oczywistego, niby prostego a przecież tak pogiętego, połamanego, naładowanego bogactwem melodii i harmonii? Jakim cudem przy każdym z 10-u kawałków pojawia się gęsie skórka? I to kilka razy?!
Ta płyta to mistrzostwo konstrukcji. Bogactwo melodii i/lub harmonii, których - w niemal każdym utworze - mistrzowska upakowano po kilka. Płyta jest lżejsza brzmieniowo niż poprzednia, ale o niebo bardziej przejmująca . Panowie cieszą się muzyką i nad nią panują - to słychać. Jeśli czegoś mogę sobie (i chyba nie tylko sobie) życzyć - to tylko kolejnych kompozycji IM. Ta płyta to mistrzostwo świata!
I jeszcze pytanie - czy tylko ja mam wrażenie, że nr 7 jest logicznym (w emocjonalnym wymiarze) następstwem nr-u 6? Kiedy wchodzi wokal mam wrażenie, że to przedłużenie poprzedniego kawałka.
No i końcówka - śliczności!!! - być może najbardziej przejmująca kompozycja IM. Kiedy Dickinson zaczyna pierwsze głośne wejście - spada się z krzesła. Bez patatajów - a jednak!
UP THE IRONS !!!
Świetna recenzja, bardzo mi się podoba. 5 leci. Pozdrawiam. UP THE IRONS! <3333