"Kuj żelazo póki gorące", to maksyma, którą Kele z Bloc Party stosuje, wydając swoją pierwszą "solówkę". Każe tym samym kojarzyć swój charakterystyczny głos z przebojami swojego byłego zespołu.
Koledzy z zawieszonej formacji nie mają tego przywileju … Inna sprawa, że to Kele był zawsze "twarzą Bloc Party", więc musieliby się ostro postarać, żeby zdobyć choć procent tej popularności, jaką osiągnęli do ubiegłego roku razem. Tymczasem najzagorzalsi sympatycy mogą, wzorem fanów innych wybitnych grup, w których nastąpił rozłam, opowiadać się "za Kelem" albo "za chłopakami". Jeśli przyjmiemy, że podział był tak prosty jak w Guns n' Roses, Morcheebie, czy Creed, i komuś jeszcze chce się chodzić po podwórkach i pytać "za kim jesteś?";)
Niezależnie od tego, płyta pokazuje analogię do wszystkich wymienionych grup. Talent lidera, działającego w pojedynkę, słabnie. Tak jak Axl, Skye Edwards, czy Scott Stapp nagrali solo płyty przyzwoite, tak i Kele w pewnym sensie nie zawiódł. Ale też nie przelicytował sukcesu Bloc Party. Muzycznie idzie znacznie chętniej w kierunku tanecznego "Flux", niż niepokojącego, rockowego "The Prayer". Od początku dryfował w kierunku elektroniki, współpraca z Chemical Brothers i Tiesto to nie przypadek. Może za to zaskakiwać, że pod nowoczesny, "błyszczący", drum'n'bassowy aranż trafiła kibolska pokrzykiwanka, jaką w warstwie rytmicznej jest "Walk Tall". Po takim otwarciu, z otwartymi ze zdziwienia ustami, można oczekiwać następnych rewelacji. I w tym oczekiwaniu pozostać.
O ile bowiem zachwyca produkcja, przywodząca na myśl kolektyw Roll Deep, czy – w singlowym "Tenderoni" – już samodzielną twórczość Wileya (wstęp jest bliźniaczo podobny do "Wearing My Rolex"), a bedąca dziełem innego kozaka, XXXChange'a, to same kompozycje pozostawiają niedosyt.
"The Boxer" fajnie "leci sobie" w tle i nie przeszkadza. Ale emocji zbyt wiele nie wzbudza. Wyróżniają się, wspomniany "Walk Tall", "On The Lam", który można pomylić z dokonaniami formacji Noisia, singlowy "Tenderoni", najbardziej blocpartowy "Everything You Wanted" i minimalistyczny, a wzorowo zaśpiewany "Unholy Thoughts". Być może Kele, ze swoim obecnym statusem megagwiazdy, nie potrzebuje już kolegów, z którymi do tego doszedł. Świadczyłoby o tym umieszczenie na pierwszym miejscu we wkładce informacji o managemencie i brak jakichkolwiek podziękowań. Wydaje się jednak, że prędzej, czy później połączy znów siły z Russellem Lissackiem, Gordonem Moakesem i Mattem Tongiem. Jeśli będzie chciał osiągnąć doskonałe efekty, a nie poprzestać na twórczości na poziomie zdawkowego OK. Póki co, największe plusy zbiera za refleks.