Siódmy studyjny album Nevermore to wyzwanie dla "szufladziarzy". Najprościej można określić go, jako po prostu metalowy. Ale to nie takie oczywiste, bo jest to głównie metal progresywny, ale z power metalowymi wokalami i mnóstwem elementów z innych podgatunków.
I co z tego? Kluczowe pytanie, na jakie sobie należy odpowiedzieć w drodze od sklepowej półki do kasy, to czy jest warta swoich czterech dych (siedmiu w wersji winylowej)? Tak. Dziękuję bardzo, do widzenia:) A serio – tak, jeśli nabywcy nie drażni śpiewoszept, jak w "And The Maiden Spoke" i "The Blue Marble And The New Soul", czy powłóczyste wokalizy, do jakich przyzwyczaił nas wokalista, Warrel Dane, jeszcze w bardziej jednoznacznie power metalowych czasach z historii Nevermore. Tak, jeśli nie spodziewacie się, że Nevermore nagle zacznie zasuwać thrash metal. Tak, jeżeli od chropawych szwedzkich death metalowców wolicie wypolerowany i wycyzelowany produkcyjnie metal ze Stanów. I jeżeli nie razi was gdzieniegdzie klawisz, a w kilku kluczowych momentach bezceremonialne wyłączanie fuzza przez gitarzystę, Jeffa Loomisa.
Słuchając "The Obsidian Conspiracy" często pojawia się refleksja, że ta muzyka idealnie wpasowuje się w gusta "sierot", po zespołach, które świetność mają za sobą, a ich fani, pozbawieni nowych płyt, lub dostający nową muzykę na niezadowalającym poziomie, od lat w geście protestu przesiadują w ciszy:). Mam tu na myśli Queensr˙che, Fates Warning, czy Metallikę. Jeśli rozczarowały was ich nieporadne poszukiwania z ostatnich lat, Nevermore pomoże wam poczuć się lepiej. Solówki nie są na wymęczone, a ciężar gitar wynika ze struktury utworów, a nie z założenia, że teraz zespół wreszcie zabrzmi, jak 15-18 lat temu. To chyba największy atut tej płyty. Jej różnorodność jest wynikiem naturalnych procesów, a nie kalkulacji. Zamykający album, tytułowy utwór, jest najszybszym i najcięższym, ale zawiera wszystkie elementy świadczące o tym, że wciąż mamy do czynienia z Nevermore. Melodie, piękne gitarowe sola, wokal ostry, ale stanowczo wykorzystywany do śpiewania, i to bez fałszu. Oraz duuuużo przestrzeni, dzięki której ta muzyka brzmi potężnie.
Raczej nie wytatuuję sobie jeszcze ich nazwy, ale z pewnością nie będę nikogo od takiego pomysłu odwodził. Nevermore zdecydowanie ma klasę.