Wcale nie jestem pewien, czy death metal dotarł do ściany. Naprawdę wierzę, że można w tym gatunku jeszcze sporo wymyślić.
Na "As Yggdrasil Trembles" wprawdzie tego nie uświadczymy, ale przynajmniej z już wymyślonych patentów powstał album bardzo udany i… przebojowy! Teksty, jak zwykle zatopione po części w nordyckich podaniach, po części w wierze, że "Metal jest Niepokonany!" (jak by ktoś był tak nierozsądny, żeby chciał wdawać się w bójki z takimi zakapiorami, jak Johnny Hedlund...:) brzmią potężnie, szczególnie, kiedy są śpiewane po niemiecku (refren "Wir Kapitulieren Niemals"), lub pobrzmiewają powtarzanym ciągle "Viking Death Metal" (zwrotki tego samego utworu). Podobnie jest z muzyką. Majestatyczną i doskonałą technicznie. Balansującą między tradycyjną death metalową ekstremą, znaną od dwudziestu lat z perfekcynego wykonania Unleashed, a przystępnością, głównie solówek i zwolnień, jak u "młodszych braci" z Amon Amarth.
Yggdrasil to Drzewo Świata. Jeśli się trzęsie, jak czytamy w tytule płyty, to jest z nami naprawdę kiepsko. Z ludzkością. Z tym, że dla deathmetalowców to akurat dobrze. Bo im gorzej ma się ludzka rasa, tym więcej tematów do pisania apokaliptycznych tekstów mają "poeci" z death metalowych zespołów. Do tego gitary mogą być nastrojone jeszcze niżej, a bębny grać gęściej. Dla brutali, kochających "miazgę" ekipa Johna Hedlunda przygotowała więc zestaw dwunastu (w wersji limitowanej – trzynastu, bo kończy ją torpeda w postaci coveru "Evil Dead" zespołu Death, tu jako "Evil Death") wymarzonych utworów, w których bardzo sprawnie zagrane solówki walczą o uwagę słuchającego z supermasywnymi "rytmikami" i charakterystycznym krzykiem Hedlunda. Tym razem powodów do narzekań nie mogą mieć też ci, którzy po metalu spodziewają się wyrafinowania, a przynajmniej różniorodności. Może wolne partie gitar we wstępach do "This Time We Fight", "Master of the Ancient Art", "Chief Einherjar", czy "Far Beyond Hell" nie są wybitnie finezyjne, ale słychać, że Fredrik naprawdę się postarał i napisał motywy, które smiało mogłyby zdobić kompozycje jakichś bardziej progresywnych grup.
Nie chcę używać dużych słów, jak "przełomowy", czy "doniosły", ale 2010 rok dla Unleashed jest co najmniej ważny. Bo wydali album, o którym – jeśli tylko ktoś go posłuchał, a nie bazował na dotychczasowej wiedzy o zespole Johna i Fredrika – należy mówić "wyróżniający się na tle ich dotychczasowej twórczości". Jak na death metal i status "strażników czystości gatunkowej" to niemal rewolucja.