-"Glenn Danzig. Uosobienie skromności i pobożności. Asceta i altruista. Skarbnica cnót wszelakich..."
-"Dobrze, już dobrze... Koniec na dzisiaj. Przyjdź pojutrze, ale tym razem weź leki, Glenn."
Taki dialog mógł mieć miejsce w zaciszu gabinetu psychoanalityka Glenna Danziga. Jeśli oczywiście Glenn nie odbywa sesji sam ze sobą, lecząc wszystkie ewentualne przypadłości samodzielnie. Tak jak pierwotnie zamierzał zarejestrować "Deth Red Sabaoth". Skromnie zajął się tylko nagraniem wokali, gitar, basu, klawiszy i perkusji w "Black Candy" (i nawet nieźle mu wyszło). "Resztę" zostawiając kolegom z zespołu. Zosia Samosia? Brak zaufania? Brawura wieku średniego? Tęsknota za czymś nienazwanym i niewytłumaczalnym? Albo wszystkiego po trochu. Nie wydaje mi się, żebym miał tak rozbuchane ego, jak nasz Metalowy Elvis, ale go rozumiem (w końcu też jestem skromny, pobożny, bezinteresowny…;). Chciał nagrać płytę, która łączyłaby ducha kompozycji z początku lat 90. z ciężarem tych współczesnych, wymyślanych hurtowo przez Tommy’ego Victora na "Circle Of Snakes". Częściowo tłumaczą to zagadnienie pierwsze dźwięki gitary w "Deth Red Moon". Jest to wariacja na temat wstępu do "Mother". Ale nie autoplagiat, czy mniej lub bardziej precyzyjny cytat. Jest w nim właśnie to, czego Glennowi mogło się nie chcieć tłumaczyć Tommy'emu. Klimat natychmiast kojarzący się z latem 1992 roku, kiedy dowiedzieliśmy się "How the Gods Kill". Ale zostawmy już sentymenty.
Najważniejsze, że po dwóch latach nieprzerwanej pracy nad "Deth Red Sabaoth" efekt jest więcej niż zadowalający. Masywne bębny z przodu (posłuchajcie "Rebel Spirits"!), gitary ciężkie ("Night Star Hel"!), ale nie wchodzące w infradźwięki, jak na albumie sprzed sześciu lat. Melodie w refrenach ("Deth Red Moon"!), jakich nie powstydziłby się Desmond Child, czy inny magik od patentów na radiowe przeboje. Wyszły Danzigowi także tak karkołomne zadania, jak oswojenie agrorockowych harmonii, przy pierwszym odsłuchu brzmiących, jak żywcem wyjęte z repertuaru zespołu IRA ("The Revengeful"). No i oczywiście wokalnie, mimo swoich 55 lat (i metra sześćdziesięciu wzrostu;), wciąż jest wielki i najlepszy!
Fanów Danziga nie muszę przekonywać, ani namawiać na cokolwiek, bo płytę zapewne już mają we wszystkich możliwych formatach, odsłuchaną od przodu i od tyłu, żeby nie uronić nic z przekazu Glenna (i obejrzaną, bo grafika, którą zaprojektował komiksowy guru, Joe Chiodo, jest idealnie kiczowata i wciągająca:). Ale co począć z Wami, zwykłymi konsumentami rozrywki, którzy na co dzień obcujecie z informacjami o tym, że jakieś celebrytki depilują sobie publicznie krocza, jakiś gitarzysta chciał rąbnąć butelkę whiskey w swoim wieku, albo ktoś nie mógł śpiewać, bo inny "ktoś mu dosypał czegoś do drinka"? Licytować się z nimi wszystkimi? Napisać o przechwałkach Glenna, jakoby ťoglądał "snuffy", a może i coś więcej…Ť, o jego okultystycznym wtajemniczeniu na poziomie porównywalnym chyba tylko z jakimiś "czarnymi papieżami", czy wielkiej namiętności jaką są dlań hentai i komiksy mniej wykręcone, ale równie brutalne i zboczone? Chcecie..?:)
"Deth Red Sabaoth" stworzył człowiek, który ma ego wielkie jak ośmiotysięcznik, ale drugi co do wielkości – Kanczendzonga. Bo Czomolungmą jest jego talent.