Soulburners czterdzieści parę lat temu nie mieliby prawa istnieć. Choć łączą wiele elementów muzyki z tamtych lat.
W latach sześćdziesiątych, głównie w Wielkiej Brytanii, zaktywizowały się dwie subkultury, które w dużym uproszczeniu, różniły się od siebie trzema rzeczami. Ubiorem, rodzajem słuchanej muzyki i różnymi środkami transportu, jakich używali dla lansu. Rockersi nosili czarne skóry, modsi – garniturki. Pierwsi jeździli na ciężkich motocyklach, drudzy – na skuterkach. I wreszcie, rockersi słuchali Elvisa, czy Eddie’ego Cochrane’a, a modsi The Who, The Yardbirds i innych, najczęściej angielskich grup. Ten antropologiczny wątek, wbrew pozorom, ma sens w tekście o Soulburners. Dlatego, że ich muzyka i wizerunek są wypadkową charakterystycznych cech modsów i rockersów. Swoją twórczością mogliby próbować pogodzić brytyjską młodzież, co najpewniej skończyłoby się potężnym mordobiciem, bo każda ze stron próbowałaby, mimo wszystko, wykazać wyższość nad rywalami. Na szczęście (?) żyjemy w XXI wieku, pełnym tolerancji i przenikania się gustów. W obecnych czasach możliwe jest granie, które, choć ewidentnie rockowe, nie wymaga doprecyzowania, hard, soft, czy medium. I tym właśnie raczy nas Soulburners na swojej debiutanckiej płycie.
Album, wydany pod koniec 2008 roku, wypełnia ponadczasowa, rockowa muzyka do zabawy. General Burner (czyli Kuba Panow, wokalista łączony z takimi nazwami, jak Stan Zvezda, czy Poker Face) śpiewa mocnym głosem, bez chrypy, tak ważnej w metalu, czy hard rocku, a więc i bez pretensji do przymilania się tym subkulturom. Crazy Finger i Satanik Hellfukker często grają na gitarach bez przesteru. A Geronimo tylko kilka razy na całym albumie szybciej depcze pedał taktownika. Mimo to bezinteresownym uwielbieniem darzą ich w równym stopniu hardrockowcy, metale, punki, czy hardcore’owcy. Co absolutnie nie powinno dziwić po wysłuchaniu „Gonna Burn Your Soul”. Jest to bowiem płyta z co najmniej pięcioma autorskimi superprzebojami, które na głowę biją wszystkie wychuchane produkcje udające muzykę rockową. Także cover, „C’mon And Love Me” z repertuaru Kiss (z płyty „Alive” z 1975 roku), nie jest wybijającym się, czy odstającym specjalnie od reszty utworów, co świadczy o ogromnym potencjale, uśpionym w Souilburners. Te superhity to wybitnie melodyjne i bardzo energetyczne „Rock Band”, “Strange Feeeling”, „Party”, „2000 Fuckin’ Years Of Rock” i “Tiger Woman”. Słabo? Pokażcie mi rockowy zespół, który na jednej płycie miałby tyle trafionych kawałków i nie kosił kosmicznego hajsu za granie w pełnych halach i na stadionach. Tylko Soulburners! Bo pozostali żyją w krajach, w których taka średnia natychmiast katapultuje zespół z undergroundu na salony. Nawet jeśli są niegrzeczni i przeklinają. A właściwie, także dlatego. Pozostałe piosenki też są udane, ale nie mają aż tak wielkiego potencjału przebojowości, jak wymienione. Na koncertach wypadają zaś równie dobrze, nawet, jeśli nie pękają w szwach od karkołomnych solówek i ozdobników aranżacyjnych.
Wyjątkowym sceptykom poleciłbym wyobrażenie sobie muzyki, jaką mogliby nagrać, w siedmioosobowym składzie, muzycy The Beatles i Motörhead, tuż przed śmiercią Lennona. Gdyby jakimś cudem udało się ich zebrać wówczas razem. Ale, skoro ten układ pozostanie w sferze głębokiego science fiction, radzę jednak sięgnąć po „Gonna Burn Your Soul”.