Robert Brylewski ma od dawna zapewnione miejsce w historii polskiej muzyki rockowej, a jednak nie uznał za stosowne rozsiąść się wygodnie na tronie, by rozkoszować się swoją chwałą. Na nasze szczęście legendarny artysta ciągle walczy na scenie.
Brylewskiego znajdujemy tym razem w projekcie 52um (czytaj "szum"). Wspólnie z Konradem Januszkiem i Wojciechem Konikiewiczem nagrali pod tą nazwą drugi album pt."Superego". I bez dwóch zdań jest to pozycja więcej niż udana. Grupa oryginalnych muzyków osiągnęła to, co moim zdaniem w tworzeniu muzyki jest najważniejsze, czyli prawdziwe zespolenie. Z każdego utworu słychać tę niesamowitą bliskość między ludźmi jaka - jestem o tym przekonany - musiała towarzyszyć podczas nagrywania albumu. Już nawet teksty piosenek jakby potwierdzają to, co myślę. "Ręka przy ręce/Przy twarzy twarz" - słyszymy w otwierającym album utworze "Przedsen". Albo "Ściga nas jedna myśl/Co zmienia świat w jedną nić" ("Granice"), czy "I kiedy wszystko o mnie wiesz/Wiesz wszystko" ("W jasności dnia"). Jest coś wyższego na tej płycie, co powoduje, że słucha się jej z szybszym biciem serca. Jakby muzycy sięgnęli gwiazd, o których zresztą tu też śpiewają.
Muzycznie 52um wydaje się być bardzo zimny. Słychać na "Superego" jakieś takie drobne echa naszych rodzimych nowofalowców w stylu Made In Poland, czy 1984. Jest też wiele z mrocznego okresu The Cure, tego spod znaku "Pornography". Jest też coś z New Order i Joy Division. Nawet w samym końcu utworu "Granice" słychać ślad basu Petera Hooka.
I choć to bardzo smutna płyta to jednak po jej przesłuchaniu bardziej czuje się optymizm niż dół. Ta kosmiczna energia naprawdę działa i ładuje baterie na kolejny dzień.