Dwupłytowe wydawnictwo na XX-lecie z „underground” w tytule. Czyli zbiór demówek beznadziejnej jakości? Nie! Mortification uświadamiają, że może być inaczej.
Dwadzieścia lat to kawał czasu. Szczególnie dla osób, które same mają niewiele więcej. Nawet dla wielu trzydziestoparolatków, bywa szokiem coś, co doskonale pamiętają, jak pierwszy koncert, czy pierwszy sex, a co miało miejsce aż dwie dekady temu. Tymczasem, dwadzieścia lat wstecz, mieliśmy już komputery (i wysokie fryzury), płyty kompaktowe (w Polsce w cenie używanego malucha), czy telewizję satelitarną i video. Technologicznie nie jest to więc czas na tyle odległy, żeby pierwszych nagrań Mortification nie dało się słuchać. Owszem, pierwszy koncert brzmi mocno demówkowo, ale raczej dlatego, że Mortification nie grał w Sydney Opera House, tylko w jakiejś knajpie w Moorabbin, w australijskim stanie Victoria (taaa, wiem, że widzicie nazwę tej miejscowości pierwszy raz w życiu, ale ona naprawdę istnieje:). Z pewnością da się z tego zapisu odszyfrować, o co chodziło Steve’owi Rowe w 1990 roku i po co rozwiązał Lightforce i założył Mortification. A, jak dowiadujemy się z obszernej książeczki, dołączonej do albumu, i z samej płyty – chodziło o pokazanie uwielbienia dla Napalm Death i Bolt Thrower.
Pierwszy dysk, poza pięcioma studyjnymi nagraniami najważniejszych utworów (zarejestrowanymi na nowo), zawiera koncertową podróż w czasie, przez większość najważniejszych imprez, które muzykom udało się nagrać. Najwspanialszym, według basisty i wokalisty Mortification, był jednak niezarejestrowany występ na Dużej Scenie pierwszej edycji festiwalu With Full Force w Niemczech, latem 1994 roku, gdzie zespół zagrał obok Napalm Death, Entombed, czy Sick Of It All. Chyba jednak niewiele ustępował mu, szczegółowo opisany, uliczny (!) występ, zorganizowany przed kościołem na Południowej Wyspie w Nowej Zelandii (tam, gdzie później kręcono „Władcę Pierścieni”). Słucha się go jak thrashmetalowej wersji słuchowiska „W Jezioranach”:) Kolejne utwory z następnych imprez, pozwalają zaobserwować rozwój technik nagraniowych i ewolucję (umiarkowaną) samego zespołu. Charakterystyczne brzmienie tria, z mocno wysuniętym basem i dość gęstą perkusją, po dziś dzień jest wizytówką Mortification. Tym bardziej zaskakujące są ostatnie cztery utwory z drugiej płyty, z norweskiego festiwalu i holenderskiego radia. Bo zagrane akustycznie! „Grind Planetarium”, wcześniej obecne w dwóch wersjach z prądem, wprawia wręcz w osłupienie... Program drugiego dysku uzuepełnia bardzo dobrze brzmiący, cały koncert z australijskiego festiwalu Blackstump, z 1993 roku. Co daje w sumie niemal trzy godziny, naprawdę ciekawego materiału, uwiarygadniającego sens istnienia „Morta” przez dwadzieścia lat.
Mortification jest jednym z niewielu, a być może jedynym, ekstremalnym metalowym zespołem chrześcijańskim. Co, powiedzmy to sobie szczerze, w kontekście growlującego Steve’a Rowe’a, ma takie samo znaczenie, jak i growlującego Glenna Bentona z Deicide. Różnice pojawiają się podczas „kazań” międzyutworowych (w Meksyku z tłumaczem!) z których, między innymi można dowiedzieć się o walce lidera z rakiem. Przede wszystkim zaś, warto wiedzieć, że w Australii jest takie trio, grające od dawna death metal na naprawdę wysokim poziomie. I że warto je poznać z „Twenty Years In The Underground”.