Kiedyś w baśniach bezbronne dzieci biegały po lasach i żywiły się chatkami zbudowanymi z wszelakiej maści słodkości. Teraz dziewczynka z kotem i golemem u boku przedziera się przez miejską dżunglę poszukując swojego brata. A co z pysznościami?
Zamiast rokoszować się frywolną kombinacją cukrów prostych możemy rozpłynąć się w bogatej słodko-gorzkiej mieszance dźwięków. Tak jest w przypadku debiutanckiego wydawnictwa Spiral.
Muzycy swoją „miejską baśń” opletli w różnorodną paletę dźwięków – są delikatne próbki smyków, subtelne klawisze, ale i mocne, mięsiste gitary. Klimat dodatkowo budują elektroniczne sample. Wszystko to wymieszane ze smakiem i w wyśmienicie wyważonych proporcjach umyka wszelkim potencjalnym oskarżeniom o brak spójności. Nicią do tego muzycznego kłębowiska jest wyjątkowy wokal Urszuli Wójcik. Raz brzmi dziecięco, raz iście anielsko, krzyczy, lawiruje poprzez dźwięki, metalicznie szepcze...
Jej głos prowadzi nas od samego początku otwierając kawałek „The City”. Kiedy wraz z rozbrzmiewającym opisem miasta stopniowo powstają fundamenty całej historii muzyczny klimat zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Na pierwszy plan wysuwają się świszczące smyki przecinające elektroniczny hałas. Podczas „It’s Gone” atmosfera jest wręcz trip-hopowa, nieco zadziornie robi się w trakcie zamykającego łagodniejszą część krążka „Golem And The Cat”. „Madhatter's Tea” otwiera mocniejszą, mroczniejszą i gęstszą od gitarowych riffów stronę albumu. Kulminacyjnym punktem ścigających się gitar, które co jakiś czas rozpływają się w elektronicznych smaczkach, jest utwór „Cathedralworm Part I”. Ta industrialna bomba wybucha tuż po całkiem niewinnym „Digital Whales”.
Finał jest łagodny, skąpany w radosnym śmiechu dzieciaków. Optymizmem napawa nie tylko pozytywne zakończenie historii, ale fakt, że powstają takie opowieści, jak „Urban Fable”. Czekamy na więcej.