Huey Morgan cały czas jest szefem FLC, ale zaczął chyba ulegać wpływowi jedynego Anglika w składzie, leicesterczyka, Franka Benbiniego. Bo jak inaczej wytłumaczyć przeprowadzkę Najbardziej Nowojorskiego Zespołu z NYC do Londynu?
Znając operatywność pozamuzyczną Fun Lovin’ Criminals, innym powodem mogła być tylko sytuacja gospodarcza w Stanach. Członkowie zespołu nadal mają udziały w przedsiębiorstwie rozbiórkowo-komunalnym DiFontaine, ale widać lepiej robić interesy w Europie, skoro od razu po przeprowadzce wybudowali sobie Lopez Motors Studio w stolicy Wielkiej Brytanii. Oczywiście tam powstała “Classic Fantastic”.
Jednak ani zmiana miejsca, ani wybuchy wulkanów, czy inne plagi, nie zdołały powstrzymać FLC przed stworzeniem kolejnej płyty, przy której najlepiej jest najaktywniej jak to możliwe… relaksować się! Po kilku pierwszych chwilach spędzonych z „Classic Fantastic” ma się wrażenie, że u nich nic się nie może zmienić. Panowie nadal wyglądają jak trzej alfonsi z Dolnego Manhattanu, grają z tą samą nonszalancją i kunsztem, co na „Mimosie” i później. Są białym ekwiwalentem Barry’ego White’a. Są jak perfumy produkowane przez dziesięciolecia w niezmienionej formie. I nadal potrafią sprawić radość. Muzyką. Pierwsze dwa kawałki to dźwiękowy petting. Wprowadzają nimi nieśpieszny klimat późnego wieczoru, gdzieś w wielkim mieście. Słuchając „Mars” i tytułowej piosenki można poczuć się jak wyluzowany ziom z pełnym portfelem, który właśnie wyskoczył na kilka drinków z podobnymi sobie kumplami. Rozbijają się cadillakiem fleetwoodem z początku lat osiemdziesiątych, co można poczuć w „The Originals”, która przyspiesza znacznie i dostaje gitarowe i samplowe turbodoładowanie. Przejeżdżają na czerwonym i parkują z piskiem pod swoją ulubioną knajpą. Na koncertach pewnie Fast znowu będzie udowadniał, że zasługuje na swoją ksywkę. Bo zagra w tym utworze na wszystkim poza gitarą i bębnami. „She Sings At The Sun” to utwór, który może towarzyszyć porankowi. Bo przecież zabawa będzie udana. W nocy wpadną goście, jak Roots Manuva (obstawiam, że ze swoimi dziewczynami) i Paul Kaye (lepiej znany w Anglii jako Dennis Pennis i Mike Strutter). Panowie użyczyli swojego talentu odpowiednio w „Keep On Yellin’” i „Conversations With Our Attorney”. Impreza będzie toczyć się w przyjaznej atmosferze i bez nerwowych akcji. Z kilkoma żwawszymi zwrotami, jak w „Jimi Choo”, kiedy pantofelki pań polecą w kąt, a ich właścicielki pójdą w tan…
Po kolejnych przesłuchaniach z chilloutowego zestawu coraz łatwiej wyłapać smaczki, które na początku mogą umykać. Jak sola trąbki ukryte na drugim, czy trzecim planie. Tudzież wysmakowane zabawy efektami gitarowymi, czy subtelne granie kaczką na grubym basowym groovie, charakterystyczne dla ścieżek dźwiękowych filmów sensacyjnych z lat 70. Sample z mniej i bardziej znanych utworów sprzed lat, rozbudowane partie dęciaków i perkusjonaliów, wczesnoporanne plamy fortepianowe, czy chór przedszkolaków odkryjcie już sami. Jeśli macie ochotę na spotkanie z tymi trzema łobuziakami z wdziękiem.