szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy


więcej o...

27 MajaNajnowsze wiadomości

27 Maja Najnowsze plotki

Zakupy

Nokautporównaj ceny z nokaut

Terminal - Tree Of Lie

...zrobili szpagat
2010-04-21, autor: Zbigniew Zegler
  A A A
 

O muzyce, która momentami brzmi ostro, ale raczej nie przeraża, można powiedzieć, że jest zrobiona z wyrafinowaniem. Albo z wyrachowaniem. Zależy jak dobrze życzymy zespołowi, który ją gra.


A Terminalowi trudno życzyć źle. W kraju, w którym szczytem muzycznego smaku są produkcje Anny Marii Jopek, czy Kayah i Royal Quartet trzeba wspierać każdy przejaw nowoczesnego grania z klasą. Grania i komponowania, a nie tylko programowania czy odtwarzania. Bo naprawdę trzeba umieć grać, żeby stworzyć taką płytę jak „Tree Of Lie”. I śpiewać! Ogromną bolączką polskiego showbizu są wokaliści i wokalistki. Terminal nie ma z tym problemu. Już za te umiejętności ma plusa, jak krzyż na Giewoncie. Z zalet warto wymienić jeszcze bardzo ciekawe popisy poszczególnych instrumentalistów. Rzadko się zdarza, żeby solo na klawiszach naprawdę wciągnęło. Częściej można trafić na zachwycające popisy gitarzystów, czy niesamowite mieszanie bębniarzy.

Na „Tree Of Lie” każdy pokazuje się z najlepszej strony. A dodatkowo, w „Together Apart” gra gość naprawdę specjalny – perkusista Planet X – Virgil Donati. Sprawdźcie sobie, kto zacz, jeśli nie znacie. Przyjemnie progresywny utwór z udziałem Pana Virgila, jak kilka innych, błyszczy popisem solowym na… instrumentach klawiszowych. A bębny brzmią doskonale, ale nie są jakoś specjalnie wyeksponowane, co – umówmy się – mogłoby zrobić z piosenki jej karykaturę.

Zespół debiutuje więc udanie, można by napisać, gdyby to było wszystko, co można powiedzieć o „Tree Of Lie”. Ale trzeba jeszcze pochwalić za brzmienie basistę Bartka Pietscha, bo on jest też producentem albumu. Zaskakująco dobrze wyprodukowanego. Dawno nie było tak dobrze nagranych gitar w polskim rocku. Bębnów też. Tam, gdzie ma brzmieć ciężko – wszystko dudni konkretnie, w spokojniejszych fragmentach lśni krystaliczną czystością smyczków, czy fortepianu. Wspomniany wokalista, który szlifował głos w różnych, czasem bardzo dziwnych zespołach, Daniel Moszczyński, dobrze wypada i w śpiewanych i krzyczanych partiach. Jak na nowoczesne progresywno-metalowe granie przystało. Ale do tej laurki trzeba dodać też kilka słów przytomnej krytyki. Życzliwej.

Kompozycje są zagrane bardzo sprawnie, ale często „nie kleją się”, sprawiają wrażenie przekombinowanych. Pewnie dlatego, że powstawały bardzo długo. Udane melodie sąsiadują z mdłymi. A całość wydaje się momentami niespójna, jakby muzycy chcieli zrobić szpagat między progresywnym metalem i smooth jazzowym mizianiem. To może być ciekawy kierunek, w którym być może podążą i inni, ale efekt musi zadowalać od początku do końca. A na razie bywa z tym różnie. Teraz zespół powinien grać jak najwięcej koncertów, żeby sprawdzić, czy publiczność będzie klaskała i ziewała w tych samych momentach, co recenzenci…
Zbigniew Zegler
oceń
0
0
Podziel się
  • Skomentuj
  • WP.PL

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!