szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy


więcej o...

27 MajaNajnowsze wiadomości

27 Maja Najnowsze plotki

Zakupy

Nokautporównaj ceny z nokaut

Slash - Slash

Czary sztukmistrza w cylindrze
2010-04-07, autor: Zbigniew Zegler
  A A A
 

Można było współczuć Slashowi, gdy zdradził, że na jego płycie w niemal każdym utworze zaśpiewa inny wokalista. Z tego nie mogło wyjść nic dobrego, myślało wielu.

Tymczasem „Slash” ma jedną, czy dwie mielizny, a reszta albumu brzmi jak „Best Of…” zebrane przez wyjątkowo udane ćwierćwiecze działalności scenicznej Saula Hudsona (to prawdziwe imię i nazwisko naszego głównego bohatera). Jak w latach osiemdziesiątych czujemy się na początku, z Ianem Astburym w „Ghost”. Oczywiście na pierwszy rzut ucha ma się wrażenie, że to utwór The Cult. Tak jak i „Crucify The Dead”, zaśpiewany przez Ozzy’ego Osbourne’a, brzmi na odkopaną po latach perłę z sesji „No More Tears”. To mogło być przekleństwo płyty, na której zmieścili się jeszcze jakimś cudem tak charakterystyczni wokaliści, jak Chris Cornell z reaktywowanego Soundgarden, Andrew Stockdale z Wolfmother, Lemmy z Mötorhead, Iggy Pop, czy – tak, tak, to nie pomyłka – Fergie z Black Eyed Peas! Państwo mogli swoim ego zdominować tę płytę, gdyby Slash popełnił jeden błąd. Słabe kompozycje zabiłyby ten krążek. Zostawiłyby niesmak i wrażenie słuchania składaka z gwiazdami z łapanki (gdyby jakiś producent szykował telewizyjne show „Gwiazdy z łapanki”, to tytuł jest mój;)). Ale tu nie ma złych melodii. Nie ma kiepskich riffów. A nawet w dwóch słabszych momentach płyty, w „Gotten” i „Saint Is A Sinner Too”, pomysły harmoniczne i praca sekcji rytmicznej są bez zarzutu. Po prostu tempo za bardzo siada, a uwierzenie, że Adam Levine z Maroon 5 i Roco De Luca (nie ten Roco:) mogą zastąpić nieodżałowanego Jeffa Buckley’a, przychodzi z wielkim trudem.

W ramach bujania się między dwiema ostatnimi dekadami XX wieku mamy żywiołowe i najbardziej gunsowe „Doctor Alibi”, wycharczane z wdziękiem przez Lemma, oraz „Back From Coli”, nagrywany jako ostatni, ponownie z Mylesem Kennedym z post-creedowego Alter Bridge. Ponownie, bo Myles zaśpiewał też w „Starlight”, który świadczy o tym, że w 1985 roku w Los Angeles nic by się nie stało, gdyby Slash spotkał go zamiast tamtego rudego pana… Co więcej, będzie można sprawdzić tę tezę na żywo, bo właśnie Kennedy ma śpiewać wszystkie piosenki ze „Slash” podczas trasy koncertowej.

Pisząc o tej płycie należy szczególnie potraktować dwie kwestie. Solówki gitarowe oraz otwrtość Slasha na „nowe”. Gość, który od dwudziestu pięciu lat wygląda tak samo, niezmiennie używa Les Pauli z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych i grał w kapelach kurczowo trzymających się stylistyki „hard rock”, ma kiepskie referencje do racjonalizowania muzyki rozrywkowej. Oczywiście tu też zaskakuje. Najlepsze solówki wycina wprawdzie w najbardziej tradycyjnych „Doctor Alibi” i „Watch This Dave” (doskonałym instrumentalu z Duffem i Dave’em Grohlem). Ale skomponował też bardzo nowoczesne „Beautiful Dangerous”, do którego tekst napisała i zaśpiewała rewelacyjnie Fergie. Wymyślił zabójczą gonitwę riffów w najostrzejszym, niemal metalowym „Nothing To Say” (wybornie zinterpertowanym przez M. Shadowsa z Avanged Sevenfold) i utkał najbardziej przebojowy motyw przewodni do „Promise”, zaśpiewanego bardzo wysoko przez Chrisa Cornella. Wszystko zdecydowanie z XXI wieku, ale pozwala cieszyć się całością jak longplayami sprzed lat. Równocześnie fantastycznie sprawdzi się w roli singlowych przebojów, udostępnianych pojedynczo jako pliki, czy pokazywanych z teledyskami w telewizji i necie.

Tylko tekstami radzę się nie przejmować. Większość niestety nie wzbija się wiele wyżej „buntownczych” słów Iggy’ego Popa z „We're All Gonna Die”. „Gee, tak bardzo lubię cycki twe/ że wszystko inne mi tu pasuje” czy w refrenie „I tak wszyscy umieramy/ więc nic się nie stanie jak przyćpamy/ (…) Wydaje mi się, że mogę/ nawet nasikać na podłogę”.

A ja sądzę, bez względu na wyśpiewywane głupoty, że muzyka ze „Slash” zasługuje na najwyższe noty.
Zbigniew Zegler
oceń
2
0
Podziel się

Zobacz więcej w serwisach WP

Horoskop

Pytamy.pl

Kultura

KobiecyPoradnik.pl

No co Ty!?

  • Skomentuj
  • WP.PL
Ocena: 0 [0]
~Kinga [2010-06-11 23:53]

Dla uściślenia - pan recenzent jest podwójnie niepoinformowany: zarówno Creed, jak i Alter Bridge istnieją i mają się dobrze (zwłaszcza ten drugi, z Mylesem Kennedym na wokalu i jako współpiszącym). Trasa ze Slashem jest możliwa tylko i wyłącznie dzięki temu, że Alter kończy nagrywać trzeci krążek, a pozostała część zespołu wyruszyła w trasę z Creed i Myles ma wolny okres wakacyjny.

odpowiedz

pokaż 1 ukrytą odpowiedź

Ocena: 0 [0]
~Maxxximus [2010-05-14 20:15]

to nie płyta roku a 5-latki
Ja się pytam, a czy ktoś w ciągu ostatnich 5 lat nagrał równie dobrą płytę!? Nie wydaje mi się. Maksymalna muza!

odpowiedz

Ocena: 0 [0]
~uczeńKoguta [2010-04-08 17:52]

jeden z najlepszych albumów tego wieku!:)
Uwielbiam roznorodnosc, styl i brzmienie tego albumu. Mam nadzieje, ze osiagnie zasluzony sukces komercyjny, a cala masa brzmiacych tak samo dzis topowych zespolow sie bedzie mogla zawstydzic.

odpowiedz

pokaż 2 ukryte odpowiedzi