Od początku wieku rzesze fanów zastanawiają się, czy The Dillinger Escape Plan są geniuszami, czy wariatami. A ja pytam, czy są prawdziwi geniusze, którzy nie są szaleni?
Jeśli po wysłuchaniu poprzedniej płyty, "Ire Works", a raczej singli ją promujących - "Black Bubblegum" i "Milk Lizard" - obawialiście się, że wasz ukochany, potężnie poturbowany mentalnie Dillingerek zmięknie, to się myliliście! "Option Paralysis" ponownie wyprodukowali sami muzycy ze Stevem Evettsem (pracował z The Cure, Vanilla Ice, Sick Of It All, czy Sepulturą). I podobnie, jak album sprzed trzech lat, ma fragmenty bardziej przystępne ("Widower", "Parasitic Twins") i zdecydowanie mniej… Przy czym, już od dawna w muzyce DEP nie można mówić o jednoznacznym podziale na utwory spokojne i ostre. Bo ich styl polega na mieszaniu partii wściekłych z ckliwymi, a temp turboodrzutowych z wolnymi. Do tego, przekornie, pierwszym singlem i utworem promującym całość, wybrali "Farewell, Mona Lisa". O którym najlepiej powiedzieć, że jest… epicki. Zaczyna się ściszonym brzęczeniem gitarki z anemicznym przesterem. Po czym dostajemy cios w postaci ryku Grega Puciato na akompaniamencie intensywnym jak atak mistrza MMA.
Oczywiście zwolnienie, kiedy już się pojawia, jest pancerne, a refren melodyjny, jak evergreeny sprzed siedemdziesięciu lat. Po ponad pięciu minutach tej idealnej dźwiękowej schizofrenii następuje wyciszenie, niczym faza plateau. I wtedy pojawia się brutalna napaść gitar i bębnów przewrotnego "Good Neighbor". Jedna gitara gra niskie, potężne riffy, a druga metalicznie zgrzyta. Bas i perkusja groovią. Ale to już nie jest groove z niemal funkową pulsacją. Poprzedni perkusista, Gil Sharone nie grał tak ciężko, jak Billy Rymer, który ma bardziej metalowe ciągoty. Jazda na dwie centrale to jego żywioł, do którego dąży na każdym kroku. A mieszania "po blachach" uczył się wyraźnie zafascynowany takimi tuzami, jak Dave Lombardo, czy Gene Hoglan.
Przed najspokojniejszym na płycie (do pewnego momentu), "Widower", artyści umieścili chyba najbardziej połamany rytmicznie "Endless Endings", w którym obok siebie mamy i lekko jazzujące gitary bez przesteru i masywny "matematyczny" łomot. Po którym ukojenie przynosi fortepianowy pasaż rozwijający się pięknie pod palcami Mike’a Garsona, pianisty znanego ze współpracy m.in. z Davidem Bowie. Oczywiście w punkcie kulminacyjnym, tej smutno zaśpiewanej, "czarnej ballady", Greg drze się, jak tylko on potrafi. A gitary atakują fortepianowy temat, który poddaje się, ale wraca triumfalnie w drugiej części utworu. Podobnie jest w "Parasitic Twins". Z tą różnicą, że na zakończenie płyty Ben Weinman zaserwował nam zamiast fortepianu elektronikę. Maszyny, zaprogramowane do zagrania w tym utworze, imitują orkiestrację i industrialne brudy. Szept Grega przechodzi najpierw w czysty, później w ostry śpiew rockowy i anielski falset. Zamykająca całość gitarowa solówka przypomina The Beatles, a oczekiwane zmiażdżenie tej sielanki kolejną hałaśliwą nawałnicą… nie następuje! Co najlepiej świadczy o wyczuciu i inteligencji DEP.
Złożona struktura, wrzask i wściekła gra instrumentalistów, to pozornie przepis na skazanie się na zapomnienie. A jakoś jestem dziwnie pewien, że za kilka lat o "Option Paralysis" będziemy mówili, jak dziś o "Master Of Puppets". A o nagranych z wyrachowaniem, produktach rockowopodobnych, pełnych cieplackich balladziszcz, nikt się nawet nie zająknie.