W oczekiwaniu na nową płytę H.I.M.a ich fanki powinny się zapoznać z Domminem. To także udana propozycja dla sierot po Life Of Agony i Type O Negative. Nawet, jeśli te zespoły jeszcze kiedyś coś nagrają. A przede wszystkim, „Love Is Gone” to świetny prezent na Walentynki.
Prezent uniwersalny, bo teksty sugerują, że podmiot liryczny raczej ma przerąbane u kobiet, ale też kiedyś coś tam z nimi robił. Z drugiej strony, muzyka Dommina doskonale nadaje się dla alternatywnej pary, której wiedzie się dobrze, a nie po drodze im z „Love Is Gone” tanecznego guru, Davida Guetty. A już dla zakochanych ze złamanym sercem to wręcz pozycja obowiązkowa.
Dommin (złośliwi już zdążyli ich przechrzcić na Mumin) to nazwa kwartetu, ale i nazwisko lidera, amerykańskiego wokalisty, kompozytora i gitarzysty zespołu, Kristofera Dommina. Chłopiec ów ma potężny atut w postaci głosu, zbliżonego barwą trochę do Elvisa, głównie do Keitha Caputo, a gdzieniegdzie nawet do Glenna Danziga. Umie się nim naprawdę sprawnie posługiwać, a także bez trudu komponuje przebojowe rockowe średniotempowce. Jak „My Heart Your Hands”, „Love Is Gone”, czy “Tonight”. Albo ballady z przytupem, jak „Closure”. Właściwie, zależnie od humoru każdy z piętnastu utwrów (sporo, fakt) na „Love Is Gone” może być hitem dla kogoś, kto zaufa Domminowi. Piętnaście potencjalnych rockowych przebojów to nie przelewki, ale też Kris nie wypadł sroce spod ogona. Od niemal dekady grywał w różnych składach i zbierał doświadczenie, a jak się dziś okazuje, także pomysły na swoje kompozycje. Na debiutanckim albumie swojego zespołu miesza hard rock, gotyk, swing (wodewilowe pianinko w „Dark Holiday”ma sporo uroku, szczególnie, jak spada na nie grad gitarowych riffów) z… rock and rollem. Wszystko, dla lepszego efektu, podane jest w smutnej konwencji, ale nie przekracza granicy ponuractwa, za którą już nadąsane minki robią się śmieszne. Często motoryczna praca sekcji rytmicznej (Billy James – bas, Cameron Morris – perkusja) napędza nadmiernie wymuskane melodie grane przez klawisze i gitarę, a innym razem pozwala po prostu potupać nóżką.
Jak na pierwszy raz jest naprawdę dobrze – ponad pięćdziesiąt minut muzyki, właściwie bez mielizn. Za to z kilkoma charakterystycznymi elementami, które z czasem mogą stać się wyróżnikiem zespołu. Do tego mroczny klip (z ładnymi paniami, kolejny plus:) do pierwszego singla, też trafionego, „My Heart Your Hands”, którego nie obawiają się grać radia. Same plusy, obyśmy więc mieli więcej takich debiutów w tym roku.