„Mind Chaos” to bardzo dobry tytuł dla tej płyty. Odzwierciedla on bowiem stan umysłu słuchacza poszukującego w produkcji Hokeistów jakiegoś wyraźnego przekazu. I bynajmniej nie jest to wada recenzowanego albumu... Nie wiem tylko, czy to celowy zabieg twórców, zalecenie wytwórni (Capitol/EMI), czy też zadziwiający zbieg okoliczności.
Cóż zatem proponuje nam ta debiutująca w ubiegłym roku amerykańska grupa rodem z Portland, Oregon? Jak się można było spodziewać... ponad pięćdziesiąt minut typowo angielskiego grania w stylu indie pop. Takiego grania, które w tej chwili można spotkać w zasadzie wszędzie. I w radio, i kawiarniach, i w mocno lansujących się sklepach (mł)odzieżowych i w odtwarzaczach zbuntowanych nastolatków, nie mogących się zdecydować czy bardziej chcą być kontestującym intelektualistą, kompozytorem protest songów czy też rockerem – abnegatem. Takiego grania, które można określić mianem "trendy". I z takim oto menu pojawia się nam Hockey. Szeroko czerpie z dokonań muzycznych sceny indie/post punk, tak obecnie popularnej i zaraźliwie rozprzestrzeniającej się z Wielkiej Brytanii na świat, że aż nie potrafię tego zrozumieć. Dobra, nie mój gust, może i nie trafia do mnie taka muza, ale nie będę też ich od razu skreślał. Tym bardziej, że po kilkukrotnym przesłuchaniu albumu dalej nie mogę się zdecydować czy lubię tę płytę, nie wiem też co Hokeiści chcą przekazać swoją muzyką słuchaczom i kto wreszcie jest ich potencjalnym odbiorcą (a może targetem marketingowym?). Wiem już, że Amerykanie zafascynowani są współczesną sceną brytyjskiego hałasu. Ale w wykonaniu Hockey całe to indie to mocno przereklamowana sprawa... ani tu gitary do końca jazgotliwe, ani wokalizy zadziorne, wszystko jakieś takie wygładzone. "Mind Chaos" to płyta o bardzo melodyjnym podłożu, osadzonym w popie lat 80-tych. Trzeba przyznać rację, dobre melodie, chwytliwe refreny i inteligentny mariaż muzyki niemal tanecznej (brr... na szczęście nie takiego typowego łupu - cupu) z rockową stylistyką. Za przewagą popu (a może dance?) przemawia charakterystyczny dla lat 80-tych elektroniczny beat obecny w niemalże wszystkich utworach, spora doza analogowo brzmiących instrumentów klawiszowych, generowany bas. Z drugiej jednak strony mamy gitary, zarówno elektryczne jak i akustyczne oraz aranżacje typowe dla stylistyki rocka (zwrotka – refren – zwrotka – refren – bridge/solo – refren ). Mało tego. Być może za bardzo się wgłębiam, ale doszukałem się nawet cytatów z najbardziej typowego dla USA grania, czyli country and western. Wystarczy posłuchać "Curse This City" a potem "Cry! Cry! Cry!" Johnny Cash'a, żeby wyczuć mało subtelną analogię. Ale mój faworyt to "Four Holy Photos" z wyraźnym już countrowym biciem na gitarze akustycznej, harmonijką i specyficznym frazowaniem wokalisty. Pewnie dlatego nie dali go na singla i umieścili pod koniec albumu.
Jaki werdykt zatem? U Hockey'a brakuje mi wyrazistości, o czym już wspominałem. Amerykanie nie wiedzą do końca, czy wolą grać melodyjny, nowofalowy pop, czy raczej skierować tę płytę do rockowego odbiorcy. Ich muzyka ma więc dla mnie trochę nijaki charakter ale wiem, że producent/promotor z pewnością uczyni z tej cechy zaletę. "Mind Chaos" można skierować bowiem do bardzo szerokiego grona odbiorców i z dużym prawdopodobieństwem płytę tę kupią i fani alternatywy, i elektro popu a także rocka czy indie. Piosenki Hokeistów są dobrze zaaranżowane, naprawdę chwytliwe i wpadają w ucho, zapewne szybko znajdą czas antenowy w mediach. W Polsce granie tego typu zdobywa coraz szerszą rzeszę zwolenników, na Zachodzie Europy jest na topie już od kilku lat, tak właśnie wygląda pop w XXIw. Dlatego pewnie większość z Was, P.T. Czytelnicy, znajdzie w tej płycie coś dla siebie. Przyjemnie się jej słucha, nie przeszkadza w codziennych czynnościach, ogólnie album przepełniony jest dobrą muzyką. Ja jednak oczekuję od muzyki czegoś więcej, niż tylko chwytliwości, lekkości odbioru i podążania za modą.