"Polska Nadja", "nasza odpowiedz na Earth", "prawie jak Jesu" - to niektóre z porównań, usłyszanych od znajomych, którzy zapoznali się z materiałem opolskiej formacji Echoes of Yul. Problem w tym, że panowie nie są ani tak skomplikowani jak Nadja, ani tak ciężcy jak Earth a "prawie jak Jesu"...
No cóż, "prawie" robi wielką różnicę. Jednak w ich przypadku to nie obelga, a ogromny komplementem.
Niech pierwsze spokojne dźwięki otwierającego płytę 'Midget', was nie zwiodą. To chyba jedyny "leki" fragment na płycie, drobne oszustwo mające na celu uspokoić naszą czujność. Potem jest ciężej, mrocznie i brudniej. Fani wydawnictw spod znaku drone, sludge i noise szybko nie wyjmą tej płyty z odtwarzacza, a zniekształcone i powolne gitarowe riffy będą się kołatać w czaszce przez długi okres czasu.
Jednak na naszej, rodzimej scenie, Echoes of Yul zdają się być ewenementem. Po parokrotnym przesłuchaniu powiązania nasuwają się tylko dwa: Blindead i Tides From Nebula. Oczywiście nie do końca bo Blindead nie jest aż tak bardzo eksperymentalny, a Tides From Nebula prezentują o wiele lżejszy i łatwiej przyswajalny materiał.
Wadą albumu (choć zależy dla kogo) może być jego długość. Echoes Of Yul to przeszło 76 minut ciężkiej wyprawy w krainę pełną ciemnych zakamarków, niepokojących szurań i wszechobecnego niepokoju. Dla niektórych ta podróż może okazać się zbyt wyczerpująca już w połowie, inni mogą paść pod sam koniec. Michał Śliwa (inicjator projektu) w jednym z wywiadów zarzut dotyczący długości albumu kontruje stwierdzeniem, iż jest to po prostu spójny monolit. Spójności Echoes Of Yul w końcu nie można odmówić.
Dwanaście kawałków obraca się w podobnej, mrocznej stylistyce. Nie znajdziemy tu żadnego wokalu (oprócz pojedynczych sampli), ale ciężkie riffy obsypane różnymi efektami i delikatnie nałożoną elektroniką. Momentami wszystko brzmi jak ścieżka dźwiękowa do piekielnej krainy.
Z ciekawostek warto dodać, iż płytę masterował James Plotkin, nazwisko nieobce fanom ciężkiego grania. Plotkin jest gitarzystą (m.in. Scorn czy Khanate) i remixerem (remiksował utwory dla Sunn 0))), Pelican czy ISIS).
Słowem podsumowania i zachęty: tak właśnie "brzmi" polskie piekło. Oczywiście w bardzo pozytywnym znaczeniu.
PS. Warto się śpieszyć bo ilość płyt została dość mocno ograniczona (wydano 500 egzemplarzy) i niedługo z łatwo dostępnego i taniego krążka, debiut Opolan może być prawdziwą chrapką dla kolekcjonerów.