Gdybym musiał zmieścić się z tą recenzją w trzech słowach, to wyglądałaby ona właśnie tak, jak powyżej. Wiele osób zakłada, że skoro Tarantino wziął się za historię Drugiej Wojny Światowej, to zacznie nas nudzić. Wątpię.
Nie widziałem filmu, ale ze ścieżki dźwiękowej przebija smutek (jak to na wojnie), romantyzm (jak to we Francji) i aura tajemniczości (jak to w konspiracji). Ale nie nuda. W przeciwieństwie do wcześniejszych ścieżek dźwiękowych, tworzonych przez autora „Wściekłych Psów”, teraz mamy więcej muzyki tła, a piosenek jest ledwie kilka. Obok tematów Charles’a Bernstein’a i Ennio Morricone pojawia się utwór nieodżałowanego Billy’ego Preston’a (w bandziorskim klimacie Ameryki lat 70.), piosenki z niemieckiego wodewilu i przejmujący „Cat People (Putting Out The Fire)” David’a Bowie’ego. Jak często bywa u Quentina Tarantino, są to motywy z recyclingu. Bowie pierwotnie napisał „Cat People” do filmu pod takim samym tytułem z 1982 roku, a później umieścił na płycie „Let’s Dance”. Utwór rozwija się z mrocznego ambientu do niemalże rockowego oratorium. Kabaretowe popisy Lilian Harvey i Willy’ego Fritsch’a mają z kolei wszystkie znamiona czasów, w których powstały. Jak Lizzi Waldmüller, Ilse Werner, czy Johannes Heesters piosenkarze próbują zapomnieć o wszystkim, co u schyłku lat 30. ubiegłego wieku nie pozwalało się cieszyć. I starają się absurdalnym, dadaistycznym humorem poprawiać nastórj publiczności. Takim „Ich Wollt Ich Waer Ein Huhn” (czyli „Chciałbym być kurczakiem”) może się to udać, acz na krótko, bo smutek i tak jakoś spod tych uśmiechów wyłazi.
Billy Preston, jak Shaft, był ikoną Czarnej Ameryki. Dlaczego stał się idolem Quentina Tarantino? Niech rozstrzygnie jego psychoanalityk. Nam pozostaje się cieszyć, że Jego „Slaughter” szlachtuje do dziś z taką precyzją, jak w 1972 roku, kiedy został nagrany. Motywy Morricone i ponownie współpracującego z naszym ulubionym reżyserem Bernstein’a (zrobili razem m.in. muzykę do obu części „Kill Billa”) to też znane tematy. Niektóre, jak „”Dopo la Condanna” zawierają cytaty z kalsyków (tu „Dla Elizy” Beethovena), albo są stylizowane, na przykład na francuską muzykę popularną („Un Dollaro Bucato”).
Z pewnością skompilowanie tego zestawu musiało być dużym wysiłkiem dla współpracowników Tarantino. Na pewno też oryginalna muzyka mocno uwiarygodni fabułę osadzoną w wojennych realiach. Całość jednak poleciłbym z czystym sumieniem tylko kinomanom i sympatykom wodewilu.