Nie napiszę, że debiutancki album The Dead Weather jest najlepszym, którego współtwórcą jest Jack White (inaczej fani "Elephant" by mnie zlinczowali), ale na pewno jest to jego najseksowniejsze dzieło. Oczywiście, duża w tym zasługa VV, czyli wokalistki The Kills tu występującej pod prawdziwym imieniem i nazwiskiem Alison Mosshart.
Na zwiastujący całość singel zespół wybrał bodaj najsłabszy i najmniej reprezentatywny utwór w zestawie. "Hang You from the Heavens" miał chyba po prostu zachęcić fanów brudnych brzmień w stylu White'a. Owszem, brzmienie się zgadza, garażowe, przykurzone, głośne, całość jednak jest zdecydowanie bardziej bluesowa i psychodeliczna, niż w sumie dość rockowy numer promujący. Otwierający zestaw "60 Feet Tall" pięknie kusi lekko niepokojącym klimatem i powłóczystym śpiewem Alison a "I Cut Like a Buffalo" to cudeńko zdominowane przez Hammondy.
I takich właśnie kompozycji należy się spodziewać po płycie
"Horehound" - ociężałych, nerwowych, wyrazistych, gęstych, seksownych. Nierzadko jazgotliwych ("Treat Me Like Your Mother"), czasem z rozwiązaniami rodem z Teksasu, które pięknie pasowałyby do filmów Roberta Rodrigueza ("Rocking Horse"), gdzie indziej prowadzonych fenomenalnie rozedrganą linią basu w lekko westernowym stylu ("3 Birds"). Nad całością wisi natomiast klasyczny duch Led Zeppelin i w ogóle bardziej zadziornej muzyki lat 70. Żadnego przymilania się rozgłośniom radiowym. Mamy do czynienia ze skondensowanym graniem, z piosenkami, które z powodzeniem skopałyby tyłek niejednej, młodej aspirującej gwieździe rocka. White i jego towarzysze nie cackają się, lepią ze starych, znanych dźwięków nowe, szalenie skuteczne pociski, którymi zresztą bezbłędnie trafiają do celu.
The Dead Weather to nie tylko White (tu zresztą głównie w roli perkusisty) i Mosshart, lecz również gitarzysta Dean Fertita (Queens of the Stone Age) i basista Jack Lawrence (The Raconteurs). Słowo supergrupa bywa często nadużywane a kryjące się pod nim muzyczne twory rzadko są w stanie sprostać oczekiwaniom. W przypadku tego zespołu jest zupełnie inaczej. Tutaj "super" jest jak najbardziej na miejscu.