szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy


więcej o...

22 KwietniaNajnowsze wiadomości

22 Kwietnia Najnowsze plotki

Cannibal Corpse - Evisceration Plague

Plaga patroszenia, czyli podroby gratis...
2009-06-24, autor: Zbigniew Zegler
  A A A
 

Podobno płytą, „The Kill” z 2006 roku, Cannibal Corpse przywrócili wiarę w klasyczny gore death metal. Dziś twierdzą, że niełatwo było nagrać płytę lepszą i cięższą od poprzedniej. A ja mówię „czyżby?!”

A czy rzeczywiście „Evisceration Plague” jest od „The Kill” lepsza? Jest… inna. Charakterystyczne elementy ich stylu, jak słynne popiskiwania gitar w trwającym kilkanaście sekund ciągu riffów, potwornie ciężkie zwolnienia i obłąkańcze galopki z supergęstą grą Paula Mazurkiewicza, wydają się coraz mniej cannibalowe! Wokale Corpsegrindera momentami brzmią jak growl Glenna Bentona z Deicide, a w bardziej dostojnych, wolniejszych fragmentach, wręcz jak ryczenie Davida Vincenta. Przy komplecie ograniczeń, wynikających z uprawiania death metalowego rzemiosła, udaje się jednak Kanibalom kilka razy zaskoczyć słuchających „Evisceration Plague”. Wprawdzie są to bardziej sztuczki producenckie Erika Rutana (Hate Eternal, ex-Morbid Angel), ale miło słucha się „wyłażącej nagle z głośników” solówki w „A Cauldron of Hate”, czy „błąkającego się sola” w złowieszczo wolnym kawałku tytułowym. Zostając jeszcze chwilę przy „Evisceration Plague”, warto zauważyć, jak nieszablonowo, jak na death metal, brzmi tam perkusja. Nawet szybsze fragmenty utworu to nie chaotyczna napi***nka, tylko mądrze zaaranżowane, trochę stechnicyzowane partie. Jeśli oczywiście chłopakom nie wyszło tak przypadkiem… Z pewnością z rozmysłem Alex Webster wyeksponował partie basu w „Skewered From Ear to Eye”, ale ani to specjalnie reformatorskie, ani ciśnienia nie podnosi. Ot, chwila oddechu na gitarzystów.

Co do stałych punktów programu, jest z nimi trochę jak ze świętami w tv. Oglądamy te filmy, które widzieliśmy już sto razy, ale nadal nam się podobają. Cannibal Corpse ogrywa patenty, które znamy już z ich płyt i setek innych kapel, ale robi to na tyle fachowo, że jak już „Evisceration Plague” kupimy i włożymy do odtwarzacza, to na pewno pobędzie w nim dłużej, niż jedyne czterdzieści minut, które trwa. Acha, przepraszam, jest też subtelna zmiana w programie obowiązkowym. Okładkę jak zwykle namalował Vincent Locke, ale podobnie jak na „Kill” (do której jest zbliżona kolorystyką) nie ma na niej jakiegoś festiwalu makabrycznych obrazów. Być może „chłopcy” zbliżając się (i przekraczając) czterdziestkę postanowili wydorośleć. Czyżby?:)
Zbigniew Zegler
oceń
1
0
Podziel się
  • Skomentuj
  • WP
  • FB

Korzystanie z komentarzy FB oznacza akceptację regulaminu

REGULAMIN

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!