To niezwykle budujące i podnoszące na duchu, że chłopakom, a raczej już panom z kapeli Pearl Jam nadal chce się tworzyć i grać. Wciąż jest w nich pasja i zaangażowanie, co słychać na najnowszym dziele amerykańskiego bandu.
"Pearl Jam" nie jest płytą niezwykłą, ale chyba cudów od Pearl Jam już nikt nie oczekuje. Nowa propozycja niezmordowanej grupy ze Seattle jest nierówna, mało odkrywcza, chwilami bez pomysłu, ale poza kilkoma wyjątkami całkiem nieźle się tego słucha. Największy plus albumu stanowi energia. Gros "kawałków" to szybkie, surowe, gitarowe kompozycje, w których Eddie Vedder nie boi się krzyczeć. Część wprawdzie brzmi jak klony "Do The Evolution", jak choćby singlowe nagranie "World Wide Suicide", ale przecież artyści szukając inspiracji mogli trafić na coś znacznie gorszego.
W kategorii żywiołowych utworów całkiem nieźle wypadają "Severed Hand", "Big Wave" oraz – to najwścieklejszy "numer" w zestawie - punkowo-garażowy "Comatose". Bronią się także niektóre spokojniejsze fragmenty. Naprawdę dobrze brzmią melodyjne piosenki "Gone" i "Inside Job", wyjątkowej urody akustyczna ballada z subtelnym fortepianowym motywem. Country'owe "Parachutes" uznajmy za dramatyczny wypadek przy pracy czy, jak kto woli, totalnie chybiony eksperyment.
Pomimo zapewnień Veddera i spółki, zawartości "Pearl Jam" daleko do agresji i wigoru ich krążka "Vs.", jednak nie bez przyczyny formacja ta istnieje już od ponad 15 lat. Nowy longplay piątki muzyków świata nie zmieni, ale z pewnością ucieszy przynajmniej kilka osób.