Anita Lipnicka i John Porter chcieliby chyba być polskimi PJ Harvey i Nickiem Cavem. O dziwo, wychodzi im to całkiem nieźle. Parze należy się ogromny szacunek za to, że pomimo wielkiego uczucia, które włożyli w nagrania i którym darzą siebie, udało się im uniknąć muzycznego banału i egzaltacji.
Album "Inside Story" wypełniają słodko-gorzkie miłosne piosenki, jakimś cudem nawet przez chwile nie trącące kiczem, ckliwością czy trywialnością.
Nowa propozycja Anity i Johna to bardzo klimatyczny, stonowany, skromny i naprawdę ładny materiał. Płyta znakomita dla wszystkich, którzy lubią akustyczne, nieco mroczne, ale i proste, bezpośrednie muzyczne przekazy. Jest tutaj odrobina folku, szczypta country i dużo wyczucia. Wszystko bowiem zdaje się być akurat takie, jakim być powinno, bez niepotrzebnych stylistycznych sztuczek czy wabików, mających podstępnie i niepostrzeżenie skusić słuchacza.
Drugi wspólny longplay Lipnickiej i Portera artystycznie przewyższa swojego poprzednika, co najmniej o klasę. Nie sposób nie wspomnieć o fantastycznej, eleganckiej, a zarazem zmysłowej, niestety nie rodzimej produkcji. Najważniejsza jest jednak muzyka, która swoją surowością i dystansem skutecznie potrafi uwieść, jeśli tylko poświęcimy jej odrobinę czasu.