szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy

16 GrudniaNasze relacje

16 GrudniaNajnowsze wiadomości

16 Grudnia Najnowsze plotki

Bullet for My Valentine w Stodole

  A A A
 
Bullet for my Valentine's chemical romance - (Zbigniew Zegler, Jedynka - Polskie Radio, 2014-02-19)

Co zrobić, żeby po niewiele ponad pół roku zagrać w tym samym mieście drugi bardzo udany koncert? Bullet For My Valentine proponuje jeden nowy utwór, zapierającą dech w piersiach scenografię ze schodami i okładką najnowszego albumu na czele i – przede wszystkim – gra głośno. Tuż przed granicą bólu.

Po ubiegłorocznym, czerwcowym występie na Ursynaliach fani Bullet For My Valentine dostali szansę zobaczenia swoich ulubieńców z tak zwaną pełną produkcją i będąc suchymi. Przynajmniej na początku koncertu, dopóki nie spocili się, szalejąc w circle pits, ścianach śmierci, czy po prostu podskakując. Matt Tuck docenił zaangażowanie swoich wyznawców i chwalił ich, wcześniej robiąc dramatyczne, długie przerwy, napawając się widokiem wpatrzonych w siebie, w pełnym podniecenia oczekiwaniu, tysięcy oczu. Tysięcy, biorąc pod uwagę, że większość z obecnych miała komplet, po dwie gałki z przyległościami, a półtora tysięczna sala Stodoły była wypełniona do ostatniego miejsca.

Znany z innych przystanków trwającej trasy program nie różnił się i nie mógł zaskakiwać, ale sama realizacja znanych założeń przysparzała naprawdę dużo emocji. Po pierwsze – było bardzo głośno. Już chwilę po podniosłej introdukcji zaczerpniętej z dwudziestowiecznej niemieckiej klasyki autorstwa Carla Orffa, premierowym „Raising Hell” Bullet For My Valentine zasygnalizowali, że nie zamierzają zostawić po sobie niedosytu. Jeśli cały piąty album, nad którym już trwają prace (co jest szczególnie godne docenienia, biorąc pod uwagę ilość koncertów, jaki Walijczycy zamierzają zagrać tej wiosny – prawie dwadzieścia) będzie równie dobry, to zespół z Bridgend śmiało może myśleć o szczytach list przebojów i zajęcia miejsca w serduszkach rockowej młodzieży na dłużej. Tym bardziej, że doskonale zagospodarowują sierotki po My Chemical Romance. Matt śpiewa coraz bardziej miękko, a najostrzejsze utwory sprytnie „ukrywa”, grając we fragmentach w ramach wiązanki (na którą złożyły się „Hand of Blood”, „Room 409”, „Hearts Burst into Fire”, „Begging for Mercy” i „Riot”), w której – jak to ujął – „przez pięć minut zawiera się dziesięć lat historii Bullet For My Valentine”.

Kolejny walor, odróżniający ten od ubiegłorocznego koncertu, to wystrój sceny. Schody nad stanowiskiem pracy perkusisty, Moose ‘a i wielka reprodukcja okładki płyty „Temper Temper” wyglądały zachwycająco. A podest, na który prowadziły stopnie nad bębnami służył Mattowi i pozostałym mobilnym muzykom do generowania jeszcze większych owacji, niż kiedy wstępowali na platformy ustawione na brzegu sceny, na normalnym poziomie. Gdyby ktoś uznał, że to jednak za mało, mieliśmy dodatkowo iluminacje, które już powinny usatysfakcjonować największych malkontentów i bywalców występów stadionowych. Światła pojawiały się wszędzie i świeciły imponująco, a już różnobarwne podświetlenia logotypów BFMV na wzmacniaczach gitar i basu to najwyższy poziom autokreacji i marketingowej samoświadomości.

Mieliśmy też okazję posłuchać jak solo prezentuje się gitarzysta, Padge. Po balladzie „Bittersweet Memories” został sam na scenie i prezentował się naprawdę nieźle, wyjąwszy jeden detal. Otóż zapędził się nawet w rejony wirtuozerskopodobne, co przejawiało się w tappingu, kojarzącym się z kolei z „Eruption” Edwarda Van Halena. I tu wszystko jest jak najbardziej w porządku, ale jak ktoś pamięta w jaki sposób grał to Eddie (z szelmowskim uśmieszkiem, zaglądając w dekolty fankom i paląc papierosa, przyklejonego do ust) to widok Michaela skupionego na mozolnym wydobywaniu dźwięków ze swojego instrumentu, twardo wpatrującego się w gryf, może bawić bardziej, niż chciałby tego muzyk. Ale, jako się rzekło, to tylko detal.

Podsumowując wieczór z Bullet For My Valentine, trzeba oddać zespołowi i fanom, że jedni i drudzy stają na wysokości zadania i zapewniają rozrywkę i jej odbiór na najwyższym światowym poziomie. I nic nie wskazuje na to, żeby miało się to w najbliższym czasie zmienić. Szczególnie, jeśli Bulletsi konsekwentnie będą urozmaicać zestaw prezentowanych na żywo piosenek o cover Motörhead „Ace of Spades” w kulminacyjnym momencie występu.

Zbigniew Zegler, Jedynka - Polskie Radio
oceń
19
0
Podziel się
  • Skomentuj
  • WP
  • FB

Korzystanie z komentarzy FB oznacza akceptację regulaminu

REGULAMIN

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!