szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy

16 GrudniaNasze relacje

16 GrudniaNajnowsze wiadomości

16 Grudnia Najnowsze plotki

John Mayall wraca do Polski

  A A A
 
Inaczej niż wszyscy - (Zbigniew Zegler, Jedynka - Polskie Radio, 2014-02-18)

To był koncert dla tych, którzy lubią jak gitarowe solo przeciąga się o kolejną minutę... Dwie... Pięć. A John Mayall w tym czasie przygrywa na harmonijce i pianinie. Równocześnie dośpiewując pomiędzy kolejnymi wdechami.

Cieszy, że są wciąż ludzie, którym imponuje może nie najprecyzyjniej zagrana, ale muzyka z duszą. Zestaw utworów, które są bardziej kanwą dla następujących po sobie popisów. Zagrany z równie dużą pasją, co radością. A przy tym bez silenia się na mesjanizm, czy inne okołumuzyczne fiu bziu.

Inaczej niż wszyscy, już godzinę przed występem Mayall spotkał się z fanami. Zazwyczaj, jeśli jakiś wykonawca w ogóle decyduje się na taką interakcję, każe czekać na siebie po koncercie i mocno reglamentuje czas na nią przeznaczony. A John Mayall właściwie witał wchodzących jak dobry gospodarz, stojąc za stołem z... no nie, nie z chlebem i solą, ale z flamastrem, którym podpisywał się na płytach, biletach, plakatach i wszystkim, co mu kto podsunął. Już dla samego tego warto było zjawić się w ten wtorkowy wieczór w warszawskiej Stodole. Oczywiście legendarny muzyk chętnie tez pozował do zdjęć i z przyjemnością ucinał sobie z chętnymi pogawędki. A kilkadziesiąt minut później przeniósł publiczność w czasie do lat, w których jeszcze nikt się nigdzie nie spieszył, a improwizacja była atrakcją, a nie pretekstem do przebrania się w suche ciuchy na backstage’u.

Inny niż u większości był też u Mayalla sposób przedstawienia zespołu. John doskonale zdaje sobie sprawę, że po przekroczeniu osiemdziesiątki (ale z jakim wdziękiem!) nie jest już gitarzystą tak sprawnym jak Bonamassa, a na harmonijce też po prostu gra, a nie dmie w nią jak huragan Katrina. Z tą świadomością prezentuje swój zespół skarbów z Illinois i Texasu już na początku wieczoru. Od lewej, krok za liderem, scenę z nim dzielą: Greg Rzab na basie, Jay Davenport na perkusji i Rocky Athas na gitarze. Każdy w swoim fachu plasuje się gdzieś między wirtuozerią a absolutnym mistrzostwem, co – gdyby ktoś przeoczył to przez ponad półtorej godziny – udowadniają w końcówce, kiedy grają solo za solem.

Oczywiście to nie możliwe, żeby komukolwiek umknęło jakimi wybitnymi instrumentalistami (jak zawsze!) otacza się John Mayall, nawet jeśli grają z pozoru prosto, jak w otwierającym show „Checking on My Baby” Sonny’ego Boya Williamsona, „Congo Square”, czy „All Your Love”. No może trochę od ich umiejętności odrywa jego nadaktywność. Bo gra równocześnie na harmonijce i klawiszach… śpiewając! Pomiędzy kolejnymi wdechami rzuca strzępy tekstu, jakby chcąc do maksimum wykorzystać przez lata nabyte doświadczenie. Bryluje między wielkimi parapetami Rolanda i od jednego statywu z mikrofonem do drugiego, zmieniając tylko dodatkowe instrumentarium. A to na gitarę, a to na harmonijkę. Teraz wiadomo, czym zarażał Claptona, Johna McVie czy Jacka Bruce’a! Charyzmą, jaka wręcz eksploduje z dziś już wątłego ciała, i ogromną radością grania.

Takich koncertów nie zagrają dzisiejsi dwudziesto-, trzydziesto-, czy czterdziestolatkowie, choćby nauczyli się każdego motywu i gestu, jakim Mayall zjednuje sobie publiczność. Bo kiedy on gra „Dirty Water” czy „Help me” to nie wykonuje swojej pracy, ani nie się nie lansuje, tylko ŻYJE. Nic dziwnego, że jest w tak dobrej formie. I wcale nie brzmią jak czcze obiecanki zapewnienia, że powinni („dla tak wspanialej publiczności”) częściej do nas wpadać. A także absolutnie nie dziwi, że jeśli jeden czy drugi wrzeszczy z sali ”It was wonderful!” Mayall na scenie słyszy jako „What?! Thunderbolt?!". Bo jego geniusz nadal poraża jak grom z jasnego nieba.

Zbigniew Zegler, Jedynka - Polskie Radio
oceń
23
0
Podziel się
  • Skomentuj
  • WP
  • FB

Korzystanie z komentarzy FB oznacza akceptację regulaminu

REGULAMIN

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!