szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy

16 CzerwcaNasze relacje

16 CzerwcaNajnowsze wiadomości

16 Czerwca Najnowsze plotki

Kamp! w Palladium

  A A A
 
Uszlachetnione disco - (Zbigniew Zegler, Jedynka - Polskie Radio, 2013-04-14)

Kamp! zagrał ostatni koncert wiosennej trasy i pierwszy w Warszawie po wydaniu długo wyczekiwanej, debiutanckiej płyty długogrającej. Frekwencja na granicy wyporności klubu Palladium była uzasadniona. Dawno na polskim wykonawcy nie było takich tłumów. A przecież oni nie mają nawet normalnej perkusji!



ZOBACZ ZDJĘCIA Z KONCERTU


W dzień pierwszego warszawskiego koncertu po wydaniu "Kamp!" w radiu słyszałem Eryka Lubosa, który tańczył w ich klipie do „Cairo”, a później w Palladium dałbym sobie rękę uciąć, że widziałem jedną z dziewczyn, która pływała w teledysku do „Melt”. Ale, jak wiemy z historii filmu polskiego, za kobiety nie daje się ucinać sobie rąk, bo by się już ich nie miało. Inaczej sprawa ma się z historią łódzkiego tria, które kolejny raz potwierdziło, że zwyczajnie nie ma konkurencji w scenicznej prezentacji muzyki w Polsce.

Radek Krzyżanowski (z lewej strony sceny, obsługujący klawisze, laptop, gitarę i śpiewający chórki), Tomek Szpaderski (główny wokalista, gitarzysta i klawiszowiec, okazjonalnie okładający też pady pałeczkami) i Michał Słodowy (odpowiedzialny za wszystkie bity) zjawili się w ciemności. Towarzyszył im cichutki wstęp, kojarzący się z „In The Air Tonight” Phila Collinsa, z trójwymiarową grafiką na początku ledwie rozświetlającą mrok, później skrzącą się wszystkimi kolorami. Po wprowadzeniu w sennym adagio wiadomo było, że z chwili na chwilę Kamp! będzie przyspieszał. Podniecenie tłumu muzycy tonowali jednak swoim doświadczeniem – dopiero kilka minut po rozpoczęciu koncertu dali powód do tańca.

W „Can't You Wait” chwilami, dzięki wysokim wokalom, brzmieli jak Funkerman w "Speed Up", ale nawet wtedy, dodając nagły jungle'owy atak perkusyjny i alternatywny nerw dzięki czemu brzmieli po swojemu. Mieć swoje unikalne brzmienie po niespełna pięciu latach i jednej płycie długogrającej to wyczyn na skalę śiwatową, a im nawet się jeszcze nie przewróciło w głowach. Jak ich znam, to podziękowania i zachwyty nad ilością przybyłych nie miały nic z fałszywej skromności, ani - tym bardziej - nie były kokieterią. Tomek naprawdę był szalenie mile zaskoczony frekwencją i entuzjastycznym odbiorem.

Tańce i piski towarzyszyły prawie każdemu wyskokowi i podniesieniu pałeczki przez Michała, a podczas „Sulk” i „Melt” były jeszcze głośniejsze, niż wcześniej i później. Tomek, wychodząc zza klawiszy z gitarą, na której grał na początku też Radek, wzbudzał jeszcze większy entuzjazm tłumu. A gdy w pewnym momencie połączył siły z Michałem i konkretnie pohałasowali młócąc pałeczkami jak Terry Bozzio, zachwyt był skrajny i uzasadniony.

Co więcej, warszawska publiczność kupiła Kamp! w całości – aplauz zrywał się i podczas rozbudowanych partii instrumentalnych i w czasie wibrujących wokaliz i śpiewania nienaganną angielszczyzną tekstów właściwych. A gitara - jak klejnot w koronie - pojawiała się z rzadka, ale kiedy już Tomek na niej gra, robi doskonałe wrażenie.

Na trójkątach 3D z czasem zaczęły się pojawiać zdjęcia i animacje, jak startujący odrzutowiec, czy pustynne pejzaże. O abstrakcyjnych hipnotyzujących feeriach barw i kształtów nie wspominając. Widać ogranie (nie wystrzeliwują się już z singli na początku koncertu, jak zdarzało im się w innych, festiwalowych okolicznościach), są fenomenalnie zgrani, i tylko nad komunikacją z tłumem jeszcze mogą popracować. Sporadyczne „Dzięki!” i „Nie spodziewaliśmy się, że was tyle jest” jest miłe i nie rozbija klimatu występu. Nie zawadziłoby jednak, gdyby od czasu do czasu któryś z panów popisał się też odrobiną elokwencji.

Kluczowe jednak jest, że Kamp! potrafi zaskoczyć nagłym zwolnieniem i zastosowaniem zupełnie innego brzmienia, niż na płycie. Niespodziewanie pokrzyczeć, albo równie zaskakująco podkręcić tempo. W każdym razie nie pozwalają się nudzić. Zresztą byłoby to dużym osiągnięciem, skoro są równocześnie kolektywem DJskim, alternatywnym triem i czerpiącym garściami z vintage disco zespołem house’owym. Uszlachetniającym każdy z wykorzystywanych brzmieniowych elementów swojej muzyki.

Dokładnie po godzinie (kolejny przejaw profesjonalizmu) nastąpiła króciutka przerwa i niemal natychmiastowy powrót, nawet bez zmiany przepoconej garderoby. Wbijające się syntetyczną ostrością brzmienia w mózg dzwonki generowane z laptopa, były zapowiedzią "Cairo" na bis. Śpiewanego gremialnie z pomocą wszystkich, którzy akurat nie piszczeli. Bo podskakujący też się darli. Później było może trochę mniej przebojowo, ale ogromnie energetycznie.

Płyta „Kamp!” na żywo staje się tylko punktem wyjścia do jeszcze lepszej zabawy. Sukces łodzian jest więc niekwestionowany. Teraz pozostaje nam przyglądać się życzliwie ich kolejnym posunięciom, które określą jego skalę.

Zbigniew Zegler, Jedynka - Polskie Radio
oceń
4
0
Podziel się
  • Skomentuj
  • WP
  • FB

Korzystanie z komentarzy FB oznacza akceptację regulaminu

REGULAMIN

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!