Nieustające pasmo sukcesów -
(Zbigniew Zegler, 2012-02-15)
Ćwierć wieku na szczycie jako artysta solowy, po niespełna dekadzie święcenia triumfów z The Police, to osiągnięcia Stinga, które w Polsce są szczególnie doceniane i szanowane. Jak najbardziej zasłużenie.
ZOBACZ ZDJĘCIA Z KONCERTU
Choć po drodze sześćdziesięcioletniemu dziś (czego absolutnie nie widać!) Gordonowi Sumnerowi zdarzało się zahaczać o patos (lekko pretensjonalne występy z orkiestrą) i zdziwaczenie (romans z muzyką dawną), to nie zraził do siebie nigdy rockowego elektoratu. I właśnie dla tych, którzy cenią Stinga – basistę i rockowego showmana, największą gratką są dwa występy w Sali Kongresowej 15 i 16 lutego.
Być może ktoś spodziewał się „Fragile”, „Mad About You” i „Englishman In New York”, ale brak tych „słodziaków” podczas pierwszego koncertu, w pełni rekompensowały wyjątkowo ogniste wersje „All This Time” na początku, „policyjne” „Every Little thing She Does Is Magic” chwilę później, czy stonowane „Message In The Bottle” zagrane naprawdę solo, przez samego Stinga, na ostatni bis. Z lepiej kojarzonych przebojów usłyszeliśmy jeszcze „Fields Of Gold”, poprzedzone, jak prawie każdy utwór tego wieczoru, wyjaśnieniem, skąd taki tytuł („Mam domek na wsi… Właściwie jest to spory dom. A dokładniej zamek. Który otaczają pola, podczas żniw wyglądające jak złote morze…”), „Desert Rose”, „Every Breath You Take” i „Next to You”. Prawie każdy zagrany z werwą, nawet jeśli w wersjach studyjnych brzmiał bardziej sennie.
Spory udział w ożywianiu tych piosenek mieli nieprzeciętnie uzdolnieni muzycy, towarzyszący gwieździe wieczoru. Gitarzyści, Dominic Miller (od 23 lat w zespole Stinga) i jego syn – Rufus, mandolinista i skrzypek Peter Tickell, australijska wokalistka i skrzypaczka Joanne Lawry (jej debiutancką płytę solową „I Want to be Happy” magazyn Downbeat określił w 2010 roku mianem najlepszego albumu dekady) i Vinnie Colaiuta, który grał u Stinga na albumie „Ten Summoner's Tales”, ale to też były perkusista Franka Zappy, Jeffa Becka, czy Joni Mitchell. Zespół Sting przedstawił zaraz po otwierającym show „All This Time”, w które wplótł po polsku „Dobry wieczór Warszawa!”, ale, jak przyznał ze skruchą, to wszystko, czego nauczył się dotychczas w naszym języku.
Niemal przed każdym utworem dowiadywaliśmy się mnóstwa ciekawostek z życia artysty. A to jak udało mu się przez trzydzieści dwa lata wytrwać w zgodnym związku (o to podobno pytają go zawsze dziennikarze), jaki ma stosunek do lisów, nawet tych, które próbowały wyżerać mu kury, dopóki nie wzmocnił kurnika. A to że western „Siedmiu wspaniałych” jest jego ulubionym filmem, czy jak wpadł na pomysł napisania tekstu do „Stolen Car (Take Me Dancing)” i jaki miał w tym udział Ipod, którego wcale nie zamierzał reklamować.
Część utworów była przearanżowana, co nadawało im dynamiki, inne były wzbogacane o brawurowe solówki, głównie skrzypcowe (w „Driven to Tears” z repertuaru The Police, „Love Is Stronger Than Justice” i w „Never Coming Home”), gitarowe, a w końcówce „Love Is Stronger…” także na perkusji. Oddzielną kategorię stworzyłbym dla Jo Lawry, która zachwycała nie tylko znakomitymi wokalizami, jak w „End Of The Game”, czy porywającym dublowaniem wokali Stinga w „Inside”, ale też zmysłowo tańczyła, grała na skrzypcach, tamburynie i marakasach, niejednokrotnie schodząc z podestu, który dzieliła z Peterem Tickellem.
Wszystkie te zachwyty to oczywiście ledwie jakieś kilkadziesiąt procent z hołdu jaki oszalała z radości publiczność, okazywała na stojąco samemu Stingowi. Który bawił doskonale nie tylko ją (szczelnie wypełniającą każdy zakamarek Kongresowej), ale siebie i zespół też. Wreszcie w bezpretensjonalny i swobodny sposób. Czyli najlepiej jak potrafi.
Zbigniew Zegler