szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy

26 MajaNasze relacje

26 MajaNajnowsze wiadomości

26 Maja Najnowsze plotki

Gojira

  A A A
 
Bezlitosne lanie - (Zbigniew Zegler, 2010-08-26)

Czułem się już tak kiedyś, jak po tym koncercie. Kiedy skończył się ligowy mecz rugby, rozegrany przeciwko wielkim chłopom z Gdyni, dla których słowa „odpuścić” i „litość” znaczyły tyle, co „j'entrave que dalle!”*.



ZOBACZ ZDJĘCIA Z KONCERTU


Tym razem przynajmniej zęby miałem w nienaruszonym stanie, ale w głowie ciągle szumi, jakby – trzymając się porównań z rugby – przespacerował się po niej młyn przeciwnej drużyny.

Zaczęło się od jatki, jaką zgotowała nam, debiutująca na scenie (!), supergrupa (!) Masachist. Autorzy ubiegłorocznej, sensacyjnej płyty „Death March Fury”, w lekko zmienionym, acz wciąż gwiazdorskim składzie, zaprezentowali deathmetalową, świetnie brzmiącą (za sprawą realizującego cały koncert za konsoletą Arka Malczewskiego, czyli słynnego Malty) bezwzględną rzeź. Skład musiał być zmodyfikowany pod nieobecność Heinricha, kończącego triumfalny przemarsz przez Amerykę z Decapitated. Zastąpił go były basista Hate, Cypis. Reszta, bez zmian, czyli Sauron (ex-Decapitated) na wokalu, Daray (wiadomo, Dimmu Borgir, Hunter, Black River, Vesania) na bębnach, Trufel (z Azarath, ex-Yattering) i Aro (z Torquemady) na gitarach. Jak na pierwszy koncert w historii istnienia zespołu, to było prawie perfekcyjnie. Gdyby mieli więcej materiału i mogli się przygotowywać na normalnych, regularnych próbach, powinni grać bezpośrednio przed gwiazdą wieczoru.
Co nie znaczy, że Lost Soul na to nie zasłużył. Wrocławianie natchnieni, po wydaniu w ubiegłym roku fantastycznej płyty, “Immerse in Infinity”, zagrali urozmaicony i bardzo dobrze przyjęty koncert. Lider zespołu, Jacek Grecki, stwierdził nawet w pewnym momencie, że nie jest pewien, czy to, co mu spływa po twarzy, to pot, czy łzy wzruszenia. Przyjęcie mieli znakomite, ale zasłużyli na nie w pełni. Warszawska publiczność dała z siebie wszystko. Choć, jak się miało okazać, dopiero podczas spotkania z Gojirą.

Furia, z jaką Joe, Jean-Michel, Mario i Christian zaczęli grać pierwszy utwór tego setu, “Lizard Skin”, nie ustawała przez pierwszy kwadrans. Czym zespół zaskarbił sobie wzajemność i – czego doświadczyli już po koncercie – uwielbienie publiczności. „Kupili” nas też perfekcją wykonania potwornie pogmatwanych kompozycji, które jeszcze bardziej, niż skalą skomplikowania, porażały tego wieczora ekspresją.

Po bardzo intensywnych, ale dość statycznie odgrywanych death metalowych oratoriach Lost Soul i Masachist, Gojira zaprezentowała show z elementami choreografii na granicy akrobatyki sportowej, spektaklu „światło i dźwięk” i metalowego misterium. Basista zespołu, Jean-Michel Labadie, przebiegł scenę Stodoły kilkadziesiąt razy, z przystankami na wskakiwanie na podest z perkusją, czy przystawanie podczas obłąkańczego machania głową w rytm numerów, wygrywanych przez siebie i kolegów. Starszy z braci Duplantier, Joe, kiedy nie śpiewał, biegał – także tyłem – po całej scenie i zagrzewał „do boju” publiczność. Imponujące było zgranie jego giatry z partiami, wygrywanymi przez drugiego gitarzystę, Christiana Andreu – ostatniego w pełni długowłosego członka Gojiry:)

Usłyszeliśmy prawie połowę ostatniego albumu, przeplatanego najlepszymi, starszymi kompozycjami. Joe od razu nawiązał świetny kontakt z fanami, mówiąc to, co prawie zawsze sprawdza się, jako katalizator największego obłąkania (jeśli jest do czego szaleć): „Mówiono nam, że w Polsce jest najbardziej szalona publiczność…”, „Szkoda, że dotychczas nigdy u was nie graliśmy, dziś wiem, że to zaszczyt i ogromna przyjemność.” Pod koniec koncertu, gdy wciąż nie słabły wiwaty, oklaski i skandowanie nazwy zespołu, lider Gojiry coraz śmielej sugerował, że wkrótce znów się zobaczymy. I raczej nie miał na myśli krakowskiego koncertu zaplanowanego na następny dzień, ale wizytę, podczas kolejnej trasy koncertowej zespołu. Dużą sympatię zyskał też dłuższą przemową, poprzedzającą dedykację i życzenia powrotu do zdrowia dla Nergala. Wykazał się dużą orientacją w temacie i wyglądał na naprawdę poruszonego całą sytuacją.

Na ścianie za perkusją wyświetlane były slajdy, wzmacniające proekologiczny przekaz Gojiry, ale chyba niewiele osób je obserwowało, bo prawie wszyscy w każdym wieku (a rozpiętość była znaczna), szaleli razem z zespołem. Chwile umiarkowanego spokoju zaserwował nam Mario, podczas zbyt złożonego i mało zabawowego solo na perkusji, które mogło się wydawać nawet lekko nudnawe, ale warto było po nim usłyszeć, zagrane z pasją „The Heaviest Matter Of The Universe”. Treść niewielu metalowych kawałków tak dobrze, wręcz literalnie, koresponduje z tytułem. Poza deathmetalowym naparzaniem Gojira ma w swoim repertuarze bardzo złożone kompozycje, w których wykorzystuje vocoder i dość skomplikowane techniki gry (prawie cały „A Sight To Behold” grany przez obu gitarzystów tappingiem). Chyba każdy, kto lubi mocniejsze granie, wychodził z ich koncertu usatysfakcjonowany. Pokazują bowiem inteligentne oblicze metalu, w istnienie którego wielu wątpi, a które podczas ich występu jest niemal namacalne. Póki jeszcze The Dillinger Escape Plan nie grali, spokojnie można stwierdzić, że to był koncert roku.



* - Nic nie rozumiem!

Zbigniew Zegler
oceń
5
0
Podziel się
  • Skomentuj
  • WP
  • FB

Korzystanie z komentarzy FB oznacza akceptację regulaminu

REGULAMIN
Ocena: 0 [0]
~KKND2 [2010-08-27 09:17]

Massachist przed Lost Soul? Bez żartów...
Lost Soul to grupa z 20 letnim stażem, której albumy wydawało Relapse Records, Osmose Productions, czy nasze małe Empire, MMP czy teraz WHP. Także z czym do czego?

odpowiedz

pokaż 1 ukrytą odpowiedź