szukaj w serwisie

Gorące tematy

13 LutegoNasze relacje

13 LutegoNajnowsze wiadomości

13 Lutego Najnowsze plotki

Zakupy

Levinhurst w Warszawie

  A A A
 
2010-03-10, Progresja - Warszawa
Dojrzała alternatywa - (2010-03-11)

W niemal pustej Sali Progresji po raz pierwszy w Polsce wystąpił zespół byłego perkusisty The Cure, Laurence’a "Lola" Tolhursta – Levinhurst. I zagrał bardzo przyzwoicie.







ZOBACZ ZDJĘCIA Z KONCERTU


Organizator oparł promocję na The Cure, z którym lol nie współpracuje od wielu lat. A muzyka jego zespołu jest sama w sobie frapująca na tyle, że mogłaby sprowokować do przyjścia na koncert wielu miłośników alternatywnego grania. Bez odwoływania się do popularności, czy legendy zespołu Roberta Smitha…

Stało się, jak się stało, a moim obowiązkiem jest opowiedzieć wam w krótkich żołnierskich słowach, co straciliście, nie przyjeżdżając do Progresji. Przed gwiazdą wieczoru zaprezentował się zespół, ToDobro z Mazur. Grali trochę, jak wczesne Fading Colours, ale wokalista śpiewał po polsku. I to momentami przypominało młodego Gawlińskiego z czasów Madame, ale bez histerii. Bez histerii w głosie i bez histerii w reakcji na tę ich twórczość. Ale było naprawdę OK.

Levinhurst pojawili się na scenie bez większych fajerwerków, ale z towarzyszeniem obrazów lasu i atakowanych erozją pomników, wyświetlanych na ekranie nad Tolhurstem i jego skromnym zestawem perkusyjnym. Druga żona Lola, Cindy Levinson, która śpiewa bez najmniejszego fałszu i z większą energią, niż na płytach, na początku stała na mniejszej scenie Progresji okutana w skórzaną kurtkę i tęsknie spoglądała w stronę wejścia. Jakby licząc, że ściągnie więcej publiczności wzrokiem. Szczęśliwie ci, którzy byli w środku dość szybko docenili zaangażowanie zespołu i reagowali naprawdę serdecznie i głośno. Ciekawym zabiegiem było przemawianie po każdym utworze lidera zespołu, który przysuwał sobie mikrofon znad hihat’a i mówił, jak bardzo się cieszą na tę pierwszą, europejską trasę koncertową, przybliżał teksty utworów i okoliczności, w jakich powstawały. Cindy (o lekko orientalnej urodzie) z biegiem czasu czuła się coraz pewniej, zdjęła kurtkę i nawet dopowiedziała kilka słów do przemów męża. Po około godzinie grania starszych utworów usłyszeliśmy kolejne dziełko z ubiegłorocznego albumu „Blue Star”, „Kula Den”, którym zakończyła się zasadnicza część koncertu. Bez wyraźnego podziału na „szybkie/ wolne” zespół trzymał się klimatu tajemniczości i mroku, także podczas bisów. Równe show z bardzo sprawnie grającymi instrumentalistami i wokalistką śpiewającą, a nie udającą, że chce śpiewać, mogło spełnić oczekiwania fanów wczesnego The Cure czy Gallupowego Fools Dance.

Z pewnością muzyka Levinhurst na żywo zyskuje i, choć nie jest to agregat buchający energią, to warto było poznać, jakie możliwości drzemią w dojrzałych niezalowcach. Basista grał z nut, a gitarzysta jak z nut. W środkowej części koncertu zabawy efektami gitarowymi prowokowały nie tylko do tupania nóżką, ale i transowego podrygiwania. Nie wiem, skąd tak nikczemnie mała frekwencja (koncert był dość intensywnie promowany), ale jeśli jeszcze kiedyś do nas przyjadą, idźcie na ich koncert.

(Zbigniew Zegler)
oceń
0
0
Podziel się

Opinie (0)

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!

Polecane: Pogoda | Wyznaczanie trasy | BMI | Tarot | Program tv | Plotki | Moje IP | Wiadomości | Sport | Top News
Copyright © 1995-2012 Wirtualna Polska