Wreszcie Hard Rock Cafe gościła na scenie artystów, którzy uwiarygodniają nazwę klubu i bez problemu zagłuszają dźwięki z kuchni. Corruption zagrali doskonale, Soulburners bezbłędnie, a Carnal najlepiej od wydania „Re-Creation”.
POZNAJ SZCZEGÓŁY
BOURBON RIVER RE-CREATION TOUR 2010
Soulburners, rozpoczynający to święto nieskrępowanego rockandrollowego szaleństwa, grają prosto z trzewi i nie ma szans na określenie wszystkich gatunków, którymi operują, tworząc swoją muzykę. Muzycy tej szanowanej warszawskiej grupy pochodzą z hardcore’owych ekip, grywali też połamane, progresywne dźwięki, a od pięciu lat bawią siebie i swoją, coraz liczniejszą, publiczność bezobciachowym rockadnrollem na najwyższym poziomie. General Burner, wokalista o aparycji przerośniętego Janka Himilisbacha skrzyżowanego z Jesse Jamesem z West Coast Choppers, od początku koncertu kręci młynki mikrofonem i śpiewa pewnym głosem. Co nie dziwi, skoro za plecami ma jednego z najlepszych polskich perkusistów, Geronimo. A po obu bokach ekipę najporządniej rozrabiających gitarzystów, Crazy Fingera i nowego, ale już nieźle spasowanego ze starym składem, B.B. Metala, oraz basistę Satanik Hellfukkera. Ich ksywki dobrze oddają stosunek do roboty, którą mają do wykonania na scenie. Grają na 100%, a takim killerami, jak „2000 Fuckin’ Years Of Rock”, czy „Rock Band” pozostawiają publiczność z refleksją „jak to się dzieje, że to nie oni są wielkimi gwiazdami rocka, tylko jakieś Musy, czy Placeba?!”. Niestety w dalszej części „Burbon River Re-Creation Tour” nie zobaczycie Soulbourners, zastąpi ich równie ciekawy Lostbone. A na wiosenne spotkania z załogą General Burnera powinni przygotować się m.in. wrocławianie i mieszkańcy Bydgoszczy.
Wejściu na scenę Carnal towarzyszy pompatyczne intro. Są skupieni i na początku trochę aż za bardzo to widać. Rozkręcają się jednak i kolejne numery z wydanej w ubiegłym roku płyty, „Re-Creation”, grają naprawdę wiernie. Wokalista, Robert Gajewski, zabawnie i skromnie mówi o swoich zapędach krasomówczych („zazwyczaj mówię dużo i niezrozumiale, więc dziś się powstrzymam”). Razem z grającym na basie bratem, Markiem, imponują headbangingiem, a cały zespół, otrzaskany już ze sceną, po kilku minutach ma całą publiczność w garści. I nie wypuszcza, aż do punktu kulminacyjnego swojego show, którym od niespełna dwóch lat jest „More” z repertuaru Sisters Of Mercy. Dwa utwory dalej Robert żegna się z rozentuzjazmowanym tłumem (frekwencja była stuprocentowa, dawno na polskie zespoły do Hard Rocka nie ściągnęło tylu gości) i po bisie, „Between Greed and Fear”, ustępują miejsca gwieździe, schodząc ze sceny przy dźwiękach eleganckiego outro. Trzeba oddać Carnalom, że ich występ jest pełen profesjonalizmu, z roll-upowymi standami z logo zespołu i całym rockowym entouragem. Co doceniła publiczność, która wytrwała do spotkania z Corruption, już w okolicach północy…
Autorzy najfajniejszej niespodzianki wydawniczej przełomu tegorocznej zimy i wiosny wystartowali znaną z wcześniejszych występów Corruption nawijką meksykańskiego naganiacza, który zachęcał do skorzystania z uroków „Titty Twister” w filmie „Od Zmierzchu Do Świtu” (i atrakcji albumu „Pussyworld” naszych bohaterów). Po tym, wciąż przezabawnym wstępie, dostaliśmy od razu prezent z nowego krążka, grooviący, szybki i bardzo adekwatnie zatytułowany „Hellyeah!”. Nawet ci, którzy „Burbon River Bank” jeszcze nie poznali (co właściwie powinno odnosić się do całej widowni, skoro premierę przesunięto na 8 marca, ale część publiczności to znajomi i muzycy, a na stoisku z gadżetami przedpremierowo można było już kupić kompakt) bawili się przy nim wyśmienicie. Tak, jak i przy pozostałych czterech reprezentantach szóstego albumu zespołu Rufusa i Anioła. Program koncertu opierał się głównie na piosenkach z „Virgin’s Milk” i bardzo udanej nowej płyty. Była nawet osoba dość ściśle związane z Corruption, które twierdziła, że to apogeum ich możliwości i lepszej płyty, niż najnowsza już nie wydadzą. Liczę, że się myliła, choć faktycznie „BRB” jest doskonałym wydawnictwem. Co potwierdziło się podczas żywiołowej prezentacji kolejnych nowych kawałków, jak „Candy Lee”, singlowego „Addicts, Lovers And Bullshitters”, czy zostawionego na deser „Devileiro”. Oddzielnie należy potraktować najszybszy i najbardziej energetyczny „Engines”, zagrany z dedykacją dla zmarłego ojca jednego z przyjaciół zespołu. Wypadł rewelacyjnie, a wnętrze klubu aż zawrzało. To musiało się podobać w całym Niebie! Dla równowagi, w Piekle burzę oklasków wywołały z pewnością brawurowe wersje „In League with The Devil”, „99% of Evil”, czy ozdobiona stripteasem „zakonnic” klasyczna i coverowana już przez inne zespoły „Lucy Fair”. Nawet, gdyby ktoś chciał przyczepić się do czegoś podczas tego koncertu, nie byłby w stanie nic takiego znaleźć. Nie najłatwiejsze solówki Opath grał jak brat Zakka Wylde’a, a Melon tłukł w bębny jak syn Bonza. Erol z Aniołem rządzili po prawej stronie sceny, a Rufus śpiewał co najmniej tak dobrze jak na płycie.
Grubo po pierwszej w nocy Anioł zapowiedział utwór, który Corruption »przed siedmiu laty zaprezentowali premierowo w programie „Pedał Błażeja”« (choć wydaje mi się, że z upływem czasu nazwa programu zatarła mu się w pamięci, a w oryginale brzmiała odrobinę inaczej). Po zagranym na bis „Wasted” najwytrwalsi domagali się jeszcze więcej stonerowego gruzu, ale zespół zarządził przeniesienie imprezy do baru. Co spodobało się jeszcze bardziej i zapoczątkowało celebrę trwającą do, zaskakująco szybko nadchodzącego w marcowe dni, poranka...
(Zbigniew Zegler)