Amerykanie mają skłonność do przesady. Zgoda. Ale dzięki niej zbudowali fantastyczne, ogromne samochody, samoloty i wielojezdniowe autostrady. Urodzony w stanie Missouri Pat Metheny do kompletu zbudował sobie… mechaniczną orkiestrę!
Na tegorocznym albumie, „Orchestrion”, Metheny zagrał na gitarze z towarzyszeniem zespołu robotów. Zbudował je po dziewięciu latach projektowania i konsultowania z inżynierami i różnymi rzemieślnikami. Wreszcie przyszedł czas, aby użyć ich na żywo. Przywiózł Orkiestrion w sześciu ogromnych skrzyniach i rozłożył na scenie Sali Kongresowej.
Hołubiony w Polsce od swojej pierwszej wizyty przed ćwierćwieczem, co pamięta doskonale, bo w połowie koncertu sam o niej wspomniał, może pozwalać sobie na eksperymenty, które wyrozumiała publiczność życzliwie zaakceptuje. Mimo to, rozpoczął koncert dość zachowawczo.
Każdy z pierwszych trzech utworów Pat zagrał na innym instrumencie, ale jak najbardziej solo. Zmieniał gitarę z nylonowymi strunami na inną, z metalowymi, by w trzecim, „Into the Dream” sięgnąć po słynną, 42-strunową i trzygryfową Pikasso.
Po kilkunastu sekundach zasłużonej owacji, przy zapalonych światłach mogliśmy wreszcie w pełni podziwiać dzieło szalonego geniusza. Trzy kondygnacje instrumentów, z rozczłonkowaną perkusją, marimbą, bongosami, fortopianem (czy raczej pianolą, skoro nikt żywy nie dotykał klawiatury), gitarą i gitarą basową, oraz mnóstwem perkusjonaliów, jeszcze chwilę wcześniej okrytych bordowym suknem, teraz prężyło się w gotowości.
Pat Metheny w kolejnych kompozycjach, z „Orchestrionu” zaprezentował w akcji cały ten imponujący kram. W “Orchestrionie” i „Entry Point” jeszcze bez improwizacji i jakby oswajając nas z Orkiestrionem. Później śmiało wyciskał wszystkie możliwości z posłusznych jego poleceniom maszyn.
Ciekawe, że ta skomplikowana, odhumanizowana maszyneria praktycznie obywa się bez komputerów. Jest jeden, który steruje sekcją kilku instrumentów, ale większość, uruchamiana przez „deptaną” konsolę, ożywa jak efekty gitarowe. Co osoby znające się trochę na instrumentach i elektronice, oraz mające pojęcie o graniu, wprawiło w ogromne zdumienie.
Przed „Expansion” milczący dotychczas Pat przybliżył ideę całego przedsięwzięcia. Wyjaśnił, że pomysł poddały mu grające wynalazki dziadka, a nie niechęć do żywych instrumentalistów (zresztą Mariusz Adamiak, organizator koncertu, na potwierdzenie zapowiada już wizytę „ludzkiej” Pat Metheny Group na tegoroczne Warsaw Summer Jazz Days) i zagłębił się nawet w szczegóły techniczne, których Państwu oszczędzę.
Przechadzając się między wibrafonem i ksylofonem Metheny grał na gitarze i zwracał się do fortepianu, jakby starając się uczłowieczyć metalowe członki obsługujące instrumenty…
Na wszystkich urządzeniach, w iście amerykańskim stylu, połyskiwały lampki i diody, a pod skrzynią z gitarą i basem stała dodatkowo świetlna kula, która rozbłyskiwała różnokolorowym blaskiem.
W “Soul Search” Pat pokazał, wszystkim ewentualnie wątpiącym, pełnię możliwości i nie pozostawił żadnych niedomówień w kwestii swojej wirtuozerii. Równocześnie obsługiwał sterowanie wszystkimi instrumentami i grał z ogromną pasją partie gitary. Szarpał struny palcami, trącał kostką, grał delikatne flażolety i atakował staccato.
Koncert trwał ponad dwie godziny i był, tradycyjnie dla Metheny’ego, ucztą dla fanów jazzu i fusion. Orchestrion robi wrażenie. Niektórym wydaje się czymś genialnym, mnie trochę razi mało wyrafinowaną obsługą perkusji i perkusjonaliów. Mimo to, zobaczenie artysty z towarzyszeniem takiej „orkiestry” to niewątpliwie duże przeżycie. A ci, którzy sądzą inaczej, będą mogli cieszyć się koncertem Pata z „żywym” zespołem już latem tego roku.
Zbigniew Zegler