Michaelowi Poulsenowi z Volbeat nie ma sensu zadawać pytania, czy woli siedzieć ze swoim zespołem w studiu, czy jeździć w trasy. Nowy album, „Beyond Hell/ Above Heaven” będzie gotowy we wrześniu, a Duńczycy już ruszyli na europejskie koncerty.
Jedna z najlepszych koncertowych ekip Starego Kontynentu drugi raz zagościła w naszym kraju. Ubiegłoroczna wizyta to był obustronny rekonesans. Zespół poczuł, co znaczy reakcja zadowolonych polskich fanów (choć wtedy było ich o połowę mniej, niż teraz), a fani przetestowali tę kapelę – hybrydę, łączącą metal, rockabilly, punka i… country! W efekcie teraz przyprowadzili swoich znajomych, żeby razem bawić się na koncercie, jak na domowej imprezie.
Michael od początku rządził i dzielił. Rządził, grając i śpiewając, a dzielił na przykład po ustaleniu, że lubimy whiskey. Odbezpieczył butlę trunku z czarną etykietą i napoił kilka osób z pierwszych rzędów. Ale najważniejsza była muzyka. Zaczęli od „Hallelujah Goat” z poprzedniej płyty i od razu nas mieli! Cała sala śpiewała z elvisopodobnie brzmiącym Michaelem. I z Thomasem (Bredahlem, drugim gitarzystą) i Andersem (Kjølholmem, basistą), którzy co chwila zamieniali się miejscami i ani przez chwilę nie stali grzecznie w miejscu. Po premierze krążka „Guitar Gangsters & Cadillac Blood” Volbeat wdarł się do europejskiej koncertowej ekstraklasy. Zaliczył większość letnich festiwali, gromadząc komplety publiczności na największych scenach. W Warszawie i Krakowie pokazali, dlaczego tak się dzieje.
Michael co kilka utworów zagaduje publiczność. Bawi się w zaskoczonego. Ogarniając wzrokiem pełną salę Progresji dociekał „Co tu robicie? Przyszliście na jakąś fajną imprezę? A może ma tu grać Iron Maiden?”. Po reakcji sugerującej, że NIE, rozpromieniony, dopytwyał dalej, „To może przyszliście tu dla nas?”. Po czym zaczął grać jeden z największych swoich przebojów, „Radio Girl”. Ogromny banner z nazwą grupy, zakrywający całą ścianę za potężnym zestawem perkusyjnym Pearla (a właściwie Jona Larsena;), świadczył swoimi rozmiarami o statusie Volbeat. Szczególnie imponująco wyglądał podświetlany od przodu białymi reflektorami. Pozostałe światła też rewelacyjnie współgrały z muzyką i klimatem imprezy. A ten z chwili na chwilę stawał się coraz bardziej kumpelski. Do tego stopnia, że najbardziej złowieszczy moment koncertu, kiedy techniczni wnieśli stojak z gitarą akustyczną (!), na niewielu zrobił wrażenie. Mimo to Michael wyjaśnił, że utwór, który zamierzają zagrać, zrodził się z inspiracji wielkim przebojem Johnnego Casha. Thomas zaczął grać „Folsom Priosn Blues”. Po wstępie jednak rozwinął już ten motyw we w pełni elektryczne „Sad Man’s Tongue”. Największy dotychczasowy przebój zespołu sprowokował więksozść publiczności do regularnego tanu, a dwoje najbardziej podatnych na takie wibracje nawet do tańca z konkretnymi figurami. Szczęśliwie udali się z tym performancem do foyer, gdzie, jak zwykle, najlepiej było słychać, a poza tym można było popatrzeć na bobsleistów, których olimpijskie zmagania fani sportu śledzili na telebimie. Większy aplauz niż po zakończeniu „Sad Man’s Tongue” dostała tylko ekpia Rosjan, po wywrotce i – jak zauważyła czujnie jedna z koleżanek – po hamowaniu głowami. Hm, to też sztuka. Na scenie trwała zaś rockandrollowa orgia dźwięków. Po „A Moment Forever” zespół zaszczycił nas nowym utworem, „A Warrior’s Call”, nie bez powodu „pachnącym” starą Metalliką. Thrashowy wstęp, z wchodzącymi później melodyjnymi wokalami Michaela, zabrzmiał sto razy lepiej, niż wymęczone wycinanki z Pro Toolsa, znane z „Death Magnetic”. Swoją drogą, Mr. Poulsen po trasie koncertowej z zespołem Larsa Ulricha, stał się chyba jeszcze większym ich fanem, niż był, bo nawet pas do jego gitary zdobi logo Metalliki.
Zmasowany atak gibsonów Michaela (SG) i Thomasa (Les Paul) na basowej podstawie Andersa i perkusyjnym fundamencie Jona, do końca niemal dwugodzinnej zabawy utrzymywały wszystkim wysoki poziom adrenaliny. I naprawdę niespodziewanie okazało się, że „The Human Instrument” i „Still Counting” to już ostatnie bisy. Po drodze mieliśmy okazję usłyszeć, że od „wall of death” (do ustawienia której kilku kapiszonów już się ochoczo rwało) lepsza jest „wall of love” (której nik nie umiał zrobić, więc wszyscy zostali na swoich miejscach), zaobserwować jak fachowo uczesać się między zwrotkami, posłuchać brawurowej wersji coveru Misfits „Angelfuck” i fragmentu „Raining Blood” Slayera. Czy można chcieć więcej? Nie, jeśli ktoś da mi gwarancję, że Volbeat wróci do nas jesienią, z nowym materiałem. Koniecznie!
Przed Duńczykami zagrał niemiecki, bardzo obiecujący support, bardziej hard rockowy, ale i dość żywiołowy, The Bulletmonks. Grali z polotem o który nie podejrzewałbym germańskich… muzyków, i spodobali się publiczności czekającej na Volbeat.
Zbigniew Zegler
Volbeat setlista:
Intro/ Hallelujah Goat/ Guitar Gangsters & Cadillac Blood/ Boa (JDM)/ Radio Girl/ Caroline #1/ Mary Ann's Place/ (Folsom Prison Blues) & Sad Man’s Tongue/ A Moment Forever/ A Warrior’s Call/ Mr. & Mrs. Ness/ Pool of Booze, Booze, Booza/ Angelfuck/ Another Day, Another Way/ NYT2/ The Garden's Tale/ The Human Instrument/ Still Counting.