szukaj w serwisie

Gorące tematy

13 LutegoNasze relacje

13 LutegoNajnowsze wiadomości

13 Lutego Najnowsze plotki

Zakupy

Decapitated w Katowicach

  A A A
 
2010-01-26, Mega Club - Katowice
Zmartwychwstanie i wątki poboczne - (2010-01-28)

Na całej trasie promującej album „A Taste of Extreme Divinity” Hypocrisy jest i będzie gwiazdą. Ale ten jeden wieczór w Katowicach, choć też grali na końcu i mieli najbardziej okazałą produkcję sceniczną, należał do Decapitated.





Zaczęło się od spotkania z młodymi stażem Survivors Zero. Pierwszy utwór poszedł na straty, bo dopracowywanie brzmienia wykosiło partie gitar. Później było lepiej, choć właściwie do końca wirtuozerskie zapędy gitarzysty o wyjątkowo orientalnych rysach jak na Fina, lepiej było widać, niż słychać. Ich czterdziestominutowy koncert dobrze spełnił funkcję rozgrzewacza. Zagrali materiał z debiutanckiej płyty „CMXCIX”, wydanej jesienią ubiegłego roku. Zostawili po sobie dobre wrażenie, mimo jednego dość pyszałkowatego tekstu o utworze „Fortress of Lies”, który „powinniśmy znać, bo wstyd nie kojarzyć takiego numeru”. Choć mam nadzieję, że raczej mają do siebie taki dystans, że to był żart.

Decapitated, po trzyletniej przerwie spowodowanej dramatycznymi okolicznościami, o których – mam nadzieję – nie trzeba już przypominać, ma siłę, aby zacząć wszystko od nowa. Lider zespołu reanimował swoje dziecko w składzie: Heinrich (Vesania/ Rootwater/ Unsun) – bas, Rafał Piotrowski (wokalista krakowskich Forgotten Souls i grupy Ketha), obchodzący w dniu koncertu dopiero 21 urodziny austriacki turboperkusista Kerim Lechner i on sam, Vogg, na gitarze.

Dobrą rekomendacją dla zespołu jest głód grania, a przed występem basista Decapitated narzekał, że będą musieli zagrać dwadzieścia minut krócej, niż zaplanowali. Ale pozostałe 40 minut wykorzystali do cna. Wprawdzie otwierający, po gitarowej introdukcji, „A Poem About an Old Prison Man” zabrzmiał jeszcze trochę chaotycznie, ale już hit z ostatniego krążka sprzed wypadku, („Organic Hallucinosis”, który odegrali niemal w całości) „Day 69” zabrzmiał klarownie, potężnie i dość uporządkowanie.

Poziom obłąkania skumulowany w muzyce Decapitated oczywiście nie pozwala na suchą analizę tego, co działo się na scenie. Mimo to zapamiętałem jak Rafał Piotrowski udanie wyciągał „góry” i wzorcowo growlował, a Vogg, grając swoje zagmatwane jak losy zespołu, partie gitarowe robił to całym sobą. Podobnie jak Heinrich, obaj bujali się w rytm granych przez siebie, połamanych dźwięków.

Partiom instrumentalnym dodawał kopa napęd jubilata, który ma sporo z Witka, nie tylko w stylu gry. Niewysoki, skromny i powalająco szybki Kerim, już spisuje się doskonale. Nawet nie myślę o tym, co się będzie działo na koncertach Decapitated, jak panowie się zgrają i zaczną jeszcze lepiej czuć na scenie.

Jak mawia klasyk „Metal to nie rurki z kremem”. Nie ma być ładnie i przyjemnie. Ma być ostro, ciężko i głośno. Masz zapomnieć jak się nazywasz i że jesteś człowiekiem. Nawet jeśli zespół, na który przyszedłeś, ma na doprowadzenie cię do takiego stanu pół godziny. Jak mu się uda – może liczyć na skandowanie nazwy przez publikę. Nowemu Decapitated się udało.

O ile zespół Vogga to przykład na ewolucję metalu, to koncert gwiazd – Hypocrisy – przeniósł nas w czasie do lat dziewięćdziesiątych. Słynne „szwedzkie brzmienie” death metalowych tuzów, którym ton nadawały – obok Hypocrisy – Entombed czy Grave Peter Tägtgren pielęgnuje jak bławatki na balkonie, nie odstępując od żelaznych zasad na krok. Zaczęli więc od podniosłego intra, a później przejechali się po publiczności jak czołgiem po poligonowych ostępach. Łącząc po dwa, trzy starsze utwory, nie pozwalali na chwile oddechu.

W połowie koncertu zespołu Petera Tägtgrena naszła mnie refleksja, że brzmią jak dobrze nasmarowane szwedzkie narzędzie tortur. Ale wciąż nie mogłem okrzepnąć po tym, co zrobili reanimowani Decapitated.

W końcówce trochę zwolnili tempo, ale nie chodzi o granie ballad (których w swoim repertuarze nie mają:), ale o dłuższe przerwy, w których cisza trochę pomagała potęgować następujące po niej kawalkady riffów, a trochę rozbijała klimat. Ogólnie jednak zostawili po sobie dobre wrażenie, nawet jeśli ich występ po Decapitated zabrzmiał odrobinę topornie i bardziej rzemieślniczo…

Decapitated setlista: intro/ A Poem About an Old Prison Man/ Day 69/ Post (?) Organic/ Visual Delusion/ Invisible Control/ Winds of Creation/ Flash-B(l)ack/ Mother War i Spheres of Madness

Hypocrisy setlista: intro/ Valley Of The Damned/ Hang Him High/ Fractured Millenium/ Adjusting The Sun/ Eraser/ medley Pleasure Of Molestation+ Osculum Obscenum+ Penetralia/ medley Apocalypse+Fourth Dimension/ Killing Art/ A Coming Race/ Let The Knife Do The Talking/ Weed Out The Weak/ Fire In The Sky. bisy: Intro/ Roswell 47 jako Roswell 666/ Warpath/ The Final Chapter

(Zbigniew Zegler)
oceń
0
0
Podziel się

Opinie (1)

Ocena: 0 [0]
~PawelP. [2010-12-21 20:19]

??
O Hypocrisy-> "...W końcówce trochę zwolnili tempo, ale nie chodzi o granie ballad (których w swoim repertuarze nie mają:)..." Nie wiem kto to pisał, ale chyba mało zna tą kapelę;)

odpowiedz

Polecane: Pogoda | Wyznaczanie trasy | BMI | Tarot | Program tv | Plotki | Moje IP | Wiadomości | Sport | Top News
Copyright © 1995-2012 Wirtualna Polska