Carl McCoy jest w doskonałej formie wokalnej. A aktualny skład Fields Of The Nephilim najbardziej wszechstronny z dotychczasowych. W sobotni wieczór mistrzowie gotyckiego rocka zagrali w kłębach dymu, który wdzierał się w nieliczne szczeliny pomiędzy wielonarodowy tłum, dość szczelnie wypełniający klub Progresja.
ZOBACZ ZDJĘCIA Z KONCERTU
Wbrew zapowiedziom, nie zaprezentowali w całości jedynej płyty nagranej jako Nefilim – „Zoon”. Ale dobrze, że w ogóle sięgnęli po utwory z tego najbardziej metalowego dzieła w dorobku McCoya. Usłyszeliśmy brawurowe „Penetration”, nastrojowe „Shine” i potężną „Zoon Part 3 (Wake World)”. Wbrew oczekiwaniom fanów koncert Fieldsów nie był najdłuższy. Przez 80 minut w sobotę zespół pokazał duże możliwości (w piątek grali jeszcze krócej). Ale mógł zostawić niedosyt u swoich najwierniejszych wyznawców. Inna sprawa, że niemal dwa lata temu w Stodole też zaprezentowali się przez niewiele ponad godzinę. W tłumie dało się usłyszeć cockney, grecki, hiszpański i kilka innych narzeczy. Sympatycy mroku zjechali do Progresji z całej Polski i z wielu części Europy, bo Fields Of The Nephilim bardzo rzadko koncertuje. Następna okazja na spotkanie z ekipą McCoya nadarzy się na początku lutego w Portugalii, a później – nie wiadomo.
Zaczęli od majestatycznego, wprowadzającego we właściwy nastrój, instrumentalnego „Shroud”, który otwierał ostatni album „Mourning Sun”. Koncert Fields Of The Nephilim to nie tylko muzyka. Spektakl tworzy też światło i dym, przez który postacie w kapeluszach wyglądają jak z mrocznego westernu. Najpierw są tylko trzy, Gavin z lewej strony sceny, z czarnym Ibanezem, a basista Snake i gitarzysta Tom Edwards z prawej. Miejsce na środku sceny było zarezerwowane dla McCoya.
Lider pojawił się po wstępie do „Straight To The Light”. Oczywiście nic nie powiedział na powitanie i zgodnie z tradycją prawie nie odzywał się do swoich wyznawców później. Poza śpiewaniem tekstów swoich piosenek. Zaskoczył, kiedy powiedział „Thanks” po „Moonchild”:)
Rozgrzaną do ponad trzydziestu stopni celsjusza salę zalewało płynące ze sceny światło, najczęściej czerwone. W połączeniu z gęstym dymem, tworzyło piorunujące wrażenie. W zestawieniu z muzyką – mogło niemal wprowadzać w trans.
Po pierwszym ciosie z „Zoon” zespół zebrał głośniejsze brawa. Po czym, zgodnie z podziałem na piątkowy „klasyczny” i sobotni „nowożytny” koncert, zagrali „From The Fire” z „Fallen”, pierwszego albumu nagranego w XXI wieku.
Carl McCoy hipnotyzował wzrokiem skrytym za ciemnymi okularami. Patrzył w dal, nie zwracając uwagi na fankę z Grecji, która niemal przed nosem machała mu ogromną flagą swojego państwa, jak i innych starających się wyrosnąć ponad tłum na ramionach swoich krzepkich towarzyszy.
Na szczęście dla tych, którzy nie szarpnęli się na dwudniowy karnet, i wybrali tylko jeden koncert Fieldsów, podczas sobotniego wieczoru były też utwory z klasycznego albumu zespołu, „The Nephilim”. Najpierw „Moonchild” i „The Watchman”, a na bis dwie perły zamykające to dzieło – „Love Under Will” i „Last Exit For The Lost”.
Jako przyglądający się życzliwie skomplikowanej karierze Fields Of The Nephilim i Nefilim, ale daleki od fanatyzmu, mogę po tym koncercie potwierdzić, że dzisiejszy skład zespołu znakomicie radzi sobie z różnorodnym repertuarem, powstałym na przestrzeni ponad trzech dekad. Drugiemu koncertowi McCoya i jego akompaniatorów nie umiem nic zarzucić, bo wyeliminowali błędy techniczne, które mieli dzień wcześniej i naprawdę usatysfakcjonowali repertuarem.
Po wyjściu z rozgrzanej Progresji na ponad dwudziestostopniowy mróz można było doznać szoku termicznego. Ale większość była na to gotowa, bo wewnątrz klubu przeżyła szok emocjonalny – dziś już nie powstają zespoły tak konsekwentne, żeby nie powiedzieć wierne swojemu wizerunkowi i zasadom. Stąd 52 stopniowa różnica temperatur to małe miki w porównaniu z muzyką Fieldsów i tym, czego słuchał taksówkarz, który odwoził mnie do domu… „Lalala. Oh, oh, oh bejbe!”
O odpowiedni klimat przed występem gwiazdy zadbały grupy Hetane i Deathcamp Project. Fields Of The Nephilim zaprezentowali się w skłądzie: Carl McCoy – wokal / Tom Edwards – gitara right/ Gavin King – gitara left/ Lee Newell – perkusja/ Snake – bas.
Setlista: Shroud/ Straight To The Light/ Penetration/ From the Fire/ Moonchild/ The Watchman/ Requiem XIII 33 (Le Veilleur Silencieux)/ Shine/ Zoon III/ Mourning Sun/ bisy: Love Under Will/ Last Exit For The Lost
Piątkowa setlista: The Harmonica Man/ Preacher Man/ Trees Come Down/ Watchman/ Dawnrazor/ Penetration/ From The Fire/ Love Under Will/ Moonchild/ bisy: Dead But Dreaming/ For Her Light/ Psychonaut
(Zbigniew Zegler)