szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy

24 LutegoNasze relacje

24 LutegoNajnowsze wiadomości

24 Lutego Najnowsze plotki

A-ha w Łodzi

  A A A
 
Tajemnica wiecznej młodości - (2009-11-18)

We wtorkowy (17.11.2009) wieczór, w łódzkiej hali Atlas Arena jedyny koncert w Polsce zagrała norweska grupa A-ha. Wydarzenie zebrało tłumy fanów, z których część wieszała sobie plakaty A-ha nad łóżkiem w latach 80 i 90, inna część doceniła ich solidną odmianę popu po powrocie w XXI wieku. A tak naprawdę to wszyscy chcieli po postu usłyszeć "Take On Me" na żywo.


Rozpoczęli od intra, które płynnie przeszło w „The Sun Always Shines On TV”. Tak jak można było się spodziewać, piosenka w wersji live zamieniła się w coś w rodzaju masywnego popowego hymnu. Po spektakularnym rozpoczęciu, przyszła pora na ciąg dalszy. Zważywszy na fakt, iż trasa promuje ostatni album, setlista tego wieczoru była przeplatanką utworów z "Foot Of The Mountain" (włączając tytułowy singel), z największymi przebojami, które trio zdołało wylansować od pierwszej połowy lat 80., kiedy to zawładnęli listami przebojów albumem "Hunting High And Low".

Aż trudno było uwierzyć, że po ponad 25 latach twarz Mortena Harketa wygląda jak wyjęta z teledysku „Take On Me”. Jednak w jeszcze większe zdziwienie przyprawiały jego niezmiennie fantastyczne warunki wokalne. W wysokich partiach „Summer Moved On”, „Stay On These Roads”, czy wspomnianego przed chwilą “Take On Me”, wokalista brzmiał i wyglądał bardziej naturalnie, niż nie jeden młody „talent”, który nawet w studiu ledwo daje radę bez odpowiednich nakładek i pokręteł na stole mikserskim, że o występach na żywo nie wspomnę.

Co prawda kontakt z publicznością był dosyć ograniczony, choć panowie wymienili z fanami więcej słów i spojrzeń niż chociażby Madonna. Poza standardowym „How are You doing, Poland?”, czy pozdrawiającym tubylców „Doubry Weczar”, zdobywali się nawet na drobne żarty, a wychodząc na bisy, Magne Furuholmen napisał elektronicznym markerem gigantyczne „We Love Łódź”, które zostało wyświetlone na telebimach.

Czy były minusy? Osobiście dziwił mnie brak telebimów, na których można by było obejrzeć zbliżenia akcji dziejącej się na scenie. Taka możliwość pojawiła się zaledwie kilkakrotnie, kiedy zniekształcony obraz muzyków stał się częścią wielkiej mozaiki na rozmieszczonych z tyłu sceny ekranach. Jeśli ktoś znalazł się na płycie hali, prawdopodobnie nie odczuwał z tego tytułu zbyt dużego dyskomfortu. Jednak dla osób w dalszych sektorach siedzących scena mogła jawić się bardziej jako wielka paleta barw, niż pełne detali widowisko. Poza tym chyba nie do końca trafiały do mnie przekazy jakie panowie próbowali przemycić w wizualizacjach. Obrazy te w większości wahały się między scenerią morską, górską i podniebną, ewentualnie gonitwą kolorowych kwadracików, czy kameleonem łapiącym muchę w slow motion. Momentami miałem wrażenie, że pod podszewką starannie opracowanych efektów odpalono serię wygaszaczy ekranu. Jednak to minusy, które w żadnym stopniu nie przesłaniają plusów. A do tych należy dodać jeszcze jeden.

Przyznam, że łódzkiej hali Atlas Arena byłem po raz pierwszy i nie dziwię się, dlaczego z miejsca zaczęła być oblegana przez poszczególnych organizatorów koncertów. Każdy obiekt, w którym istnieje możliwość organizacji tego typu wydarzeń jest w Polsce na wagę złota. A koncert A-ha można zaliczyć do lekkiego kalibru. Prawdziwy chrzest bojowy najprawdopodobniej czeka Łódź w 2010 roku, kiedy zawitają tam takie petardy jak Depeche Mode, czy Rammstein.

(txt - Albert Kowalczyk)
oceń
0
0
Podziel się
  • Skomentuj
  • WP
  • FB

Korzystanie z komentarzy FB oznacza akceptację regulaminu

REGULAMIN

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!